Śladami Zbawiciela (2)

Na ruinach świątyni Salomona

Według powszechnej tradycji sąd ostateczny ma się odbyć w dolinie Cedronu, zwanej też doliną Józefata, wzdłuż której spieszymy dziś ku wschodnim murom starego miasta. Ciekawie przyglądamy się okolicy. Głęboka dolina Cedronu leży jeszcze w cieniu, choć złote promienie słońca wyglądającego zza góry Oliwnej już opromieniają szare mury, białe tarasy i bogatą kopułę meczetu Omara. Wzdłuż drogi widzimy stożkowate budowle w formie kapliczek: to grobowce pamiętające czasy biblijne – zbuntowanego Absalona, nieznanych bliżej kapłanów oraz kilku mniejszych proroków. Skręcamy pod ostrym kątem w prawo, ku „bramie lwów”, również zwanej „bramą św. Szczepana”, choć ten miał być ukamienowany na zboczu doliny Gehenny (Dz 6, 8-15). Przewodnik zwraca naszą uwagę na stary cmentarz żydowski rozciągający się po tamtej stronie Cedronu, cmentarz, podobno przez Jordańczyków zbeszczeszczony, w każdym razie noszący jeszcze dziś straszne ślady ostatniej wojny. Jego istnienie tłumaczy się tym, że pobożni Żydzi chcieli być jak najbliżej miejsca sądu Bożego.
Natomiast na zachodnim zboczu urwiska, wzdłuż murów miasta, widzimy cmentarz arabski. Jego historia jest ciekawa, bo świadczy o religijno-politycznej mentalności Arabów. Według tradycji żydowskiej przyszły Mesjasz czyli Oswobodziciel uciemiężonego narodu wejdzie do swej uwolnionej stolicy „drogą królewską” i przez „złotą bramę”. Aby temu przeszkodzić, sułtan Soliman Wspaniały polecił na początku XVI wieku zamurować osławioną bramę, okoliczne zaś pola zamieniono na cmentarz, albowiem „król nie może przejeżdżać przez miasto umarłych”. Arabowie mogli spać spokojnie!
W rzeczywistości chodzi o znaną z historii i z Pisma Świętego „bramę wspaniałą” lub „piękną”; podobno łacinnicy (Frankowie), nie znający dobrze języka greckiego, przetłumaczyli przymiotnik   „wspaniały”  na „złoty”, stąd nazwa nieścisła „brama złota”. Ale właśnie tą „królewską drogą” i przez tę bramę wjechał Jezus triumfalnie do Jerozolimy (J 12, 12-14) i przy tejże bramie św. Piotr udając się na modlitwę do świątyni, uzdrowił w imię Jezusa chromego od urodzenia (Dz 3, 1-10).
Po zwiedzeniu resztek twierdzy Antonia, skąd roztacza się wspaniały widok na całą esplanadę wzgórza Moria, ze czcią i ciekawością stawiamy kroki na miejscu, które jest rzeczywiście „El Haram” to jest „świętym przybytkiem” dla Żydów, Arabów i chrześcijan. Tutaj całe wieki pisały chwalebną i smutną historię Izraela, tutaj gromadzili się pierwsi chrześcijanie na modlitwę, tutaj wjechał Mahomet na swym ognistym Buraku do raju! Ważniejsze jest to, co mówi historia. Na górze Moria miał Abraham złożyć Bogu krwawą ofiarę ze swego syna Izaaka (Rdz 22, 1-19), dlatego też tutaj miała stanąć świątynia, gdzie Izrael będzie oddawał prawdziwą cześć Jehowie (1 Krn 22, 7). Plan budowy został zrealizowany przez Salomona. Przez siedem lat 153600 robotników pod kierunkiem architektów fenickich postawiło Najwyższemu przecudną świątynię (2 Krn 2-4). Była to budowla naprawdę okazała, uważana podówczas (969 przed Chr.) jako prawdziwy cud świata.
Niestety w roku 586 Przybytek Pański podzielił los zburzonej przez Babilończyków Jerozolimy. Dopiero po niewoli Babilońskiej (516) król perski pozwolił na odbudowę świątyni, która była przez 500 lat bezpośrednim świadkiem tragicznych dziejów ludu wybranego. Ileż krwi się tu polało, nie tylko wołów i baranków! Herod Wielki, żeby się przypodobać Żydom, upiększył świątynię i tak dalece ją rozbudował, że dzisiejsze sanktuarium obejmuje 1/6 powierzchni starego miasta. Po zdobyciu Jerozolimy przez legiony Tytusa wypełniła się prawie dosłownie straszliwa przepowiednia Chrystusa (Mt 24, 2): 10 sierpnia 70 roku największa świętość Żydów legła w gruzach. l choć w 363 roku Julian Apostata chciał odbudować święty przybytek – z nienawiści do Chrystusa – to jednak płomienie i trzęsienie ziemi przeszkodziły pracom, w czym zarówno Żydzi jak i chrześcijanie widzieli karę Bożą. Zaczęto nawet unikać „przeklętego przez Boga miejsca” i gdy Arabowie zajęli miasto (637 rok), zastali tu ruiny.
Zdobywcy arabscy zbudowali „na szczycie skały” przewspaniały meczet, prawdziwe cudo architektury bizantyńskiej. Całość ośmiokątnej budowli spoczywa na skalistej platformie o 24 500 m2 powierzchni (plac św. Piotra w Rzymie liczy 24 000 m2). Na szczycie kopuły pokrytej złoconymi płytami aluminiowymi błyszczy się ogromny półksiężyc, symbol zwycięstwa islamizmu nad światem. Trudno silić się na opis samego meczetu, który jest może mniej miejscem modlitwy, jak muzeum sztuki i skarbcem pobożnych wyznawców Mahometa.
Wchodzimy do wnętrza bramą zachodnią, zostawiając obuwie przed drzwiami. Cicho stąpamy po puszystych dywanach ofiarowanych niedawno przez obecnego króla Maroka. W samym środku – na samym szczycie biblijnej góry Moria – wznosi się 17 metrów długa lita skała, uświęcona przez ofiarę Abrahama i ślady kopyta Buraka, rumaka, na którym Prorok pojechał do nieba. W związku z tym wypadkiem meczet Omara jest drugim co do ważności sanktuarium wyznawców AIlaha i w okresie wielkiego Ramadanu setki tysięcy wiernych pielgrzymuje do „kopuły nad skałą”.
Na tejże skale znajduje się wyżłobienie i dość pokaźny otwór, którędy krew ofiar składanych przez wieki Bogu Izraela spadała do podziemi, żeby kanałami dostać się do Cedronu; podczas święta Paschy żydowskiej potok zamieniał się w rzekę krwi, a dzikie ptactwo i zwierz pustynny podchodził wówczas pod samo miasto. Wpatrzony w nagą skałę ofiar Starego Testamentu przychodzą mi na pamięć słowa św. Pawła z Listu do Żydów: „Nie podobna, aby krew wołów i kozłów mogła zgładzić grzechy. Toteż (Chrystus) przychodząc na świat mówi: Nie chciałeś ofiary i daru, aleś mi utworzył ciało. Wtedy rzekłem: Oto idę, abym pełnił, o Boże, wolę Twoją” (10, 4-7). Wysoko umieszczone  kolorowe  okna rzucają na skałę tajemniczy odblask, który nastraja do refleksji i modlitwy. Tak, tutaj każdy z nas mógł się naprawdę skupić i pomyśleć jak dużo zawdzięcza jedynej ofierze miłościwego Zbawiciela. Tutaj, w meczecie Omara...
Kierujemy się jeszcze ku południowemu krańcowi esplanady, mijamy marmurowe arkady, zostawiamy po prawej pięknie rzeźbione „muszle oczyszczenia” – każdy wyznawca AIlaha obmywa się tutaj przez modlitwę – i wchodzimy do ogromnego (90 na 30 metrów) meczetu El-Aksa. Ciekawi nas szczególnie sławna „nisza modlitwy”, rodzaj naszego prezbiterium,  podarunek wielkiego Saladyna. Obok równie cudnie rzeźbiona-ambona, w której nie ma żadnego gwoździa. Jak wiadomo, te dwa dzieła sztuki arabskiej uległy całkowitemu zniszczeniu.
Po wyjściu z sześcionawowego meczetu EI-Aksa przewodnik skierowuje naszą uwagę na południowo-wschodni narożnik esplanady. Stajemy nad głęboką przepaścią: na lewo – koryto Cedronu, po prawej – smutna dolina Gehenny czyli Hinonu, dokąd rzucano śmieci i gdzie miał się powiesić zdrajca Judasz (Mt 27, 5). Stoimy na miejscu, gdzie – według opisu św. Mateusza – szatan kusił Chrystusa. „Wtedy wziął go diabeł do miasta świętego i postawił na szczycie świątyni i powiedział mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się na dół...” (4, 5-6). Za czasów Zbawiciela wysokość „szczytu świątyni”, a ściślej – narożnika esplanady dochodziła co najmniej do 80 metrów nad poziomem kotliny. Było tam w grotach skalnych tyle miejsca, że całe podziemie esplanady zużyto na magazyny, cysterny a nawet stajnie; stąd nazwa „stajnie Salomona”, choć badania historyczne wykazały, iż te podziemne lochy datują się z epoki Heroda Wielkiego.

Pod Murem Płaczu

Jesteśmy na południowo-zachodnim narożniku esplanady Ofelu. Przewodnik zatrzymuje naszą gromadkę w ciasnym przejściu, na skalnym wstępie zajętym przez izraelski posterunek wojskowy. U naszych stóp rozciąga się świeżo oczyszczony i przyozdobiony w trawniki obszerny  plac,  obramowany częściowo na pół zburzonymi domami. Na tarasach tychże domów baczne oko spostrzega liczne posterunki pilnujące bezpieczeństwa pobożnych pielgrzymów.
Schodzimy na dół. Jesteśmy przy sławnym „murze płaczu”, gdzie ziemia po której stąpamy jest przesiąknięta i łzami i krwią milionów wyznawców mozaizmu, którzy na przestrzeni wieków zdążali do reszty murów pozostałych po zburzonej świątyni Salomona. Mówi podanie żydowskie, że ta zachodnia część muru świątynnego została zbudowana własnoręcznie przez najuboższą ludność stolicy. Nie mogąc zapłacić murarzy, sama zabrała się do pracy, taszcząc ogromne bloki kamienne na strome zbocze Tyropeonu, strumyka, który oddzielał wzgórze Moira od reszty miasta, l dobry Jehowa w nagrodę za wysiłek pogardzanej przez ludzi biedoty, właśnie ten skrawek zachował od zniszczenia.
Przewodnik życzliwie wyjaśnia, że nazwa „muru płaczu” – prócz wyżej przytoczonego uzasadnienia – ma jeszcze inne podłoże, może bardziej naturalne. Mur zachodni zatrzymuje na swej poszarpanej powierzchni krople nocnej rosy, która znika dopiero przed południem, kiedy ciepłe promienie słońca wysyssają zeń resztę wilgoci. A może to natura w ten sposób „płacze” z człowiekiem!
Dopiero od wojny sześciodniowej plac jest dostępny dla Żydów. Dawniej zdarzało się, że z narażeniem życia, ukradkiem lub w nocy, czołgali się pod święte mury, żeby je dotknąć gorącymi wargami lub spracowaną ręką. Bo te resztki ogromnych murów, których niższe warstwy pamiętają czasy Salomona – osiem warstw bloków kamiennych znajduje się jeszcze pod usypiskiem – są jedyną i konkretną, namacalną pozostałością jakże chwalebnej przeszłości narodu wybranego. To świętość pierwszej wagi ! Zaledwie kilkadziesiąt metrów oddalona od sanktuarium islamizmu – meczetu Omara! l trzeba wczuć się w uczucia prawowiernych Żydów, kiedy ze czcią religijną zbliżają się do tych murów.
Ostrożnie mieszamy się w tłum pielgrzymów. Dziś, w święto Paschy, na 18 m. wysoki oczyszczony mur jest wprost oblężony. Odświętnie ubrani Żydzi, osobno mężczyźni i osobno, mniej liczne, niewiasty – podobno nowość naszych czasów – biorą ze stoisk święte teksty, pokrywają głowę i ramiona  modlitewną  narzutką, zbliżają się ze czcią do samego muru, dotykają go czołem, niekiedy obejmują ramionami lub całują, z żarliwością odmawiając rytualne pacierze. Widok naprawdę do głębi wzruszający, świadczący wymownie o przywiązaniu do wiary ojców i do tysiącletnich tradycji narodu.
Zachęceni przez niemieckiego Żyda, który rzeczowo odpowiada na wszystkie nasze pytania, zbliżamy się i my do świętego muru. Boimy się przeszkadzać, ale rozmodleni Żydzi nie zwracają żadnej uwagi na ciekawego przybysza. Zresztą czują się bezpieczni. Wszak dyskretnie rozstawione stoiska karabinów maszynowych górują nad placem, i w samym tłumie kręcą się przebrani żołnierze ze służby bezpieczeństwa. Bo pomyśleć tylko, gdyby jakaś ręka rzuciła granat w sam środek rozmodlonych pielgrzymów!
Własnymi rękami dotykam suchych bloków kamiennych. Są mocno zgryzione przez ząb czasu. Przecież leżą tu już do 4 000 lat. Ile warg i rąk ich dotykało! l z jakimi uczuciami! Skupiamy się na chwilę, żeby pomedytować nad „chwałą Izraela”. Ach, może w tej chwili lepiej rozumiem nie tylko symboliczne znaczenie tego muru dla każdego Żyda, ale też ból proroka Jeremiasza, który płakał na gruzach zburzonej świątyni: „Wzrok straciłem od płaczu, drgają me trzewia; wątroba wylała się na ziemię skutkiem zagłady córy mego ludu” (Jer 2, 11). l zdaje mi się, że na tym miejscu i w tym momencie głębiej zrozumiałem owe wprost ślepe i dziwne namiętne przywiązanie wyznawców Mojżesza do tej świętości, racje pielgrzymowania do „kawałka” muru i przedziwną miłość do tego wszystkiego, co jest związane z ich ziemską ojczyzną. Który Żyd zgodzi się, żeby ten mur znowu wpadł w ręce Arabów? Żaden !
Wprawdzie nie wcisnąłem w głębokie szpary muru bileciku z pobożnym życzeniem pod adresem Najwyższego – tak robią zabobonni Żydzi – ani nie wbiłem w chropowatą skałę gwoździa na znak łączności macierzy z diasporą (Żydami rozproszonymi po całym świecie), niemniej odchodząc od tego miejsca zdawało mi się, że zaczynam dopiero wnikać w głębie duszy potomków Abrahama. Bo czyż to nie jest wprost cudem Opatrzności, że rozproszeni po całym świecie, nie wsiąkli w otoczenie ; że wypędzani i prześladowani, zachowali swą wiarę i święte tradycje; że mimo bogactw, wysokich stanowisk i osiągnięć naukowych jednak wracają do ziemi ojców ! Jakby ta ziemia na zawsze dla nich pozostała ojczyzną „obiecaną”!

Z grodu Dawida przez pustynną Samarię

Dziś Wielki  Piątek. Żydzi świętują, chrześcijanie pokutują, Arabowie pracują. Skoro świt, wszyscy są na nogach, bo czeka nas daleka droga.
Wypełniając pobożne życzenia wielu przyjaciół i dobrodziejów, żeby przywieźć nieco ziemi i kwiatów z miejsc świętych, spieszę z brzaskiem dnia na stok Góry Oliwnej. Wiem, że nasz beniaminek Marek i kilku mężczyzn już mnie wyprzedziło do potoku Cedron, aby tam nazbierać ziół i kamieni. Idę na przełaj, przez zagrody i podwórza, przeskakując nawet kamienne ogrodzenia. Wszędzie jeszcze cisza. Płuca z lubością wciągają ranne powietrze przesycone wonią pachnących ziół. Rosną wszędzie, wykorzystując każdy kawałek gruntu pochodzenia wulkanicznego.
Blisko bazyliki Agonii skręcam w górę. Miejsce upamiętnione płaczem pokutującego Dawida nad zbuntowanym synem Absalomem (2 Sam 15, 20) a tysiąc lat później – zroszone łzami Jezusa płaczącego nad niewdzięczną stolicą (Łk 19, 41). Rzeczywiście, widok na wyłaniające się z ciemności nocy miasto Dawida jest czarujący. Czerwona zorza poranna złoci jego żółto-szare kopuły i dachy. l Jezus, dziecko Izraela, tak patrzał na swe ukochane miasto, l zapłakał, widząc co je czeka... Przekonałem się o tym  naocznie.  Idę właśnie wzdłuż głębokich okopów, często kutych w litej skale. Stąd Jordańczycy atakowali pozycje Izraela, l wspomniałem na przepowiednię Pana: ,,Albowiem przyjdą na ciebie dni i otoczą cię nieprzyjaciele twoi wałem i obiegną cię” (Łk 19, 43). Boże, ileż razy na przestrzeni dziejów spełniło się dosłownie to straszne proroctwo! Za Tytusa (70 rok) i Hadriana (135), za Chosroesa II (614) i Otomana (636), za Seldżuków (1073) i krzyżowców (1099), za Solimana l (1187) i Napoleona (1799) za generała Allenby (1917) i ostatnio – podczas   sześciodniowej   wojny (czerwiec 1967). Tak, Wielki Piątek nastraja do rozważań.
Ogromne słońce wychylało się już zza kapliczki Wniebowstąpienia, kiedy z naręczem kwiatów i wonnych ziół, znowu stokiem góry, wracałem do hotelu. „Szalom !” – pozdrowiłem starego Araba, który naprawiał zepsute ogrodzenie swego pólka. „Szalom!” – odpowiedział poczciwy człowiek uśmiechając się mile. Uśmiechnąłem się z kolei. Oby wszyscy tak się żegnali !” Pokój z wami, którzy zamieszkujecie to święte miasto, wam – Arabom, Żydom i chrześcijanom” – oto nasze najszczersze życzenia, kiedyś- my w godzinę później opuszczali prastary i jakże nam tera; drogi gród pobożnego Dawida.
Celem naszej podróży jest dziś Nazaret w Galilei. Drogi prowadzi przez skalistą i mało gościnną biblijną Samarię, dzisiaj – Cisjordanię pod zarządem Izraela. Ziemia przebogata we wspomnienia staro i nowotestamentowe. Zaledwie opuściliśmy Jerozolimę, zostawiamy po prawej ręce Anatot, ojczyznę wielkiego Jeremiasza (Jer 1, 1). Po lewej zaś stronie wznosi się pagórek Nebi Samwil – grób proroka Samuela – nazwany  przez   krzyżowców „górą radości” (mons gaudii) stąd bowiem przybywające; Europy wojska Franków ujrzał; po raz pierwszy, w czerwcu 1099 roku, święte mury Jerozolimy; upadłszy na kolana, nieliczna armia chrześcijańskich rycerzy rozpłakała się z radość po trzyletniej wędrówce do Ziemi Świętej.
Dziś droga jest wyłożona asfaltem, ale jeszcze sto lat temu była to zaledwie ścieżka karawanowa. Niejeden raz stąpał po niej stopy Zbawiciela, potem Apostołów i uczniów, no i milionów pobożnych pielgrzymów Okolica jest górzysta, pustynna prawie że ogołocona z drzew. Daje świadectwo zaniedbania; czy tylko z braku nawodnienia? a może też ze względu na wrodzone lenistwo mieszkańców, żyjących z nędznych pól, ogrodów Źle utrzymanych, trochę z pasterstwa. Miejscami ziemią jest tak gęsto pokryta kamieniami, że nie zoczysz piędzi ziemi uprawnej. Tylko w głębokich kotlinach widać więcej zieleni, tu i tam uroczy ogródek otoczony kamiennym murem. Mimo ,,arabskiej niedzieli” – jest przecież piątek – ubogo ubrani wieśniacy uprawiają ten niewdzięczny ugór. Nasz przewodnik wskazuje na charakterystyczny zaprząg do pługa: muł, kobieta i osiołek, poganiane przez oracza mężczyznę.
Nie, nie nudzi nas droga mimo pustynnego charakteru okolicy. Gdyby nie pan Miron, który dwoi się i troi, żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, nikt nie wspomniałby o takich biblijnych miejscowościach jak Rama (Jer 40, 1), Maszka, znana twierdza z czasów podbicia Palestyny (1 Sam 7, 5; 10, 17) i walk Machabeuszów (1 Mch 3, 46). Ile tu wsiąkło krwi, ile jeszcze kości ludzkich zostaje w skalnych grotach ! Zostawiamy po lewej RaAlIah, ważne skrzyżowanie dróg i miejsce postoju karawan. To tutaj rodzice Jezusa mieli zauważyć zniknięcie ich 12-letniego syna (Łk 2, 44). Nieco ku wschodowi leży miejscowość Bethel, „dom chleba”, znane z historii Abrahama i Lota (Rdz 12, 8; 18, 19), a wiele wieków później z przeżyć proroka Elizeusza (4 Krl 2, 2, 23). Już za doliną „zbójców”, nieco po prawej, jawi się przed nami wioska Seilun, biblijne Silo, znane z pobytu Arki Przymierza za czasów panowania Sędziów (1 Sam 1, 3, 24).
Dzisiejszą stolicą Samarii jest Napluza, dawna „Fluvia Neapolis” zbudowana w roku 72 przez wojska Tytusa. Nas jednak interesuje sławna studnia Jakuba. Jak wiadomo, tędy wtargnął szczep Abrahama do ziemi Kanaan (Rdz 12, 6). „Ojciec wierzących” zbudował tu ołtarz Panu, ale dopiero Jakub zakupił obszerne pole, gdzie wykopał głęboką studnię (Rdz 33, 18), oddając w dziedzictwo całą posiadłość Józefowi, który tu został też pogrzebany (Joz 24, 32). Kapliczka z białą kopułą wskazuje miejsce grobu.
Zbliżamy się do Bir Yakub – źródła Jakuba patriarchy. Kto choć trochę zna Wschód, wie co znaczy posiadać źródło żywej wody. Bogate źródło, na 32 metrów głębokie, jeszcze dzisiaj dostarcza czerstwej wody pragnącemu pielgrzymowi. Sama studzienka znajduje się w krypcie zrujnowanego greckiego kościoła, którego fundamenty pamiętają czasy św. Hieronima (początek V wieku). Tuż przed pierwszą wojną światową Grecy rozpoczęli budowę wspaniałej bazyliki, którego zaniedbany szkielet rażąco odbija się od pysznego ogrodu żyjącego z pewnością dzięki obfitości wody.
Pijąc wodę – jest słodkawa i miękka – któryś z naszej grupy objaśnia ewangeliczną scenę spotkania znużonego i spragnionego Chrystusa, Mesjasza, z niewiastą Samarytańską dość lekkich obyczajów. Przedziwna w swej wymowie scena: grzeszna Samarytanka dająca pić Synowi Bożemu! Snadź Zbawiciel potrzebuje każdego z nas.
Wracając do autobusu zostawionego przy szerokiej szosie, nasz przewodnik wskazuje palcem na dwa kopulaste szczyty, zawsze jeszcze uważane za największą świętość Samarytan, których liczba nie przekracza dziś 150 osób. Chodzi o góry Hebal i Garizim; na tej ostatniej obchodzą właśnie Samarytanie swą Paschę, zgodnie z przeszło dwutysiącletnią tradycją. Główne ceremonie odbywają się w nocy. Z pewnością Zbawiciel miał na myśli te krwawe ofiary zwierząt, jak też formalizm beztreściowych obrządków świątyni Jerozolimskiej, kiedy przepowiedział Samarytance: „Niewiasto, wierz mi, że zbliża się godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie oddawali czci Ojcu” (J  4, 21). Czyż mogła otrzymać lepszą zapłatę za kubek zimnej wody?
Zawsze jeszcze   jedziemy przez góry. Droga jest kręta, to spadzista, to stroma, zawsze jednak ciekawa i urozmaicona. Na odosobnionym płaskowyżu czeka nas niespodzianka: ruiny starożytnej Samarii, której dzieje są może jeszcze bardziej krwawe i tragiczne niż historia Jerozolimy. Samaria, twierdza górująca z wysokości przeszło 400 metrów nad okolicą, była przez długi czas stolicą królestwa Izraela. Bezbożność królów doprowadziła kraj do ruiny. Miasto zostało zniszczone przez Asyryjczyków (722 przed Chr.) a ludność uprowadzona. Król Herod W. zbudował na ruinach wspaniałe miasto na cześć Augusta, zwąc je z grecka Sebastes (= wspaniałe). Zwiedzamy resztki ogromnej bazyliki z czasów krzyżowców, miejsce spoczynku Elizeusza proroka i – podobno – Jana Chrzciciela. Obronne  wieże  pamiętające czasy   Chrystusa,   wspaniały teatr rzymski i 1800 m. długa ulica wysadzana kolumnami – mimo podziwu dla dzieł sztuki starożytnej – pozostawiają raczej smutne wrażenie. Co zostało z tych ludzi, którzy budowali te wspaniałe pomniki ? Na ich miejsce przyszli inni, może mniej uczeni i mniej sławni, którzy jednak zostawili po sobie pomniki ducha – wiarę w osobę i zbawcze posłannictwo Chrystusa. Bo właśnie tutaj rozpoczęła się ewangelizacja Samarii, która skwapliwiej słuchała nauk Apostołów i diakona Filipa aniżeli zatwardziała Jerozolima (Dz 8, 1-25). Przedziwne drogi miłosiernego Boga.

Przez żyzną Galileę

Nareszcie kończy się pustynna Cisjordania i przed nami roztacza się zielona Galilea. Za czasów Chrystusa Palestyna była politycznie podzielona na trzy prowincje: Judeę, Samarię i Galileę. Ta ostatnia wraz z Pereą, dzisiejszą Transjordanią, znajdowała się pod władzą tetrarchy Heroda Agryppy, syna Heroda Wielkiego, wprawdzie dobrego administratora i budowniczego pogańskiej Tyberiady, wszakże człowieka o chwiejnym charakterze i osławionego męczeńską śmiercią Jana Chrzciciela (Mk 6, 14-29). Straciwszy łaski cesarza Kaliguli skończył marnie na wygnaniu w Hiszpanii (39 rok).
Zaledwie kilka kilometrów za dawną granicą zostawiamy po prawej osiedle Zerim, historyczne Jezrael, poza którym rozciąga się stosunkowo niskie pasmo wzgórz Gelboe. To tutaj pyszny Saul został pobity przez Filistynów, sam tracąc życie wraz z synem Jonatanem, serdecznym przyjacielem prześladowanego Dawida (1 Sam 31). Król-prorok w wymownych wierszach wylał uczucia swego serca po stracie wiernego druha: „Dawid zaśpiewał potem żałobną elegię na cześć Saula i jego syna Jonatana, i polecił, aby się uczyli jej potomkowie Judy. O Izraelu, twa chwała na górach umarła... Góry Gilboa! Ani rosa, ani deszcz niechaj na was nie spadnie, na was, pola żyzne. Tu bowiem został skalany puklerz mocarzy, tarcza Saula, jakby nie namaszczoną oliwą, lub krwią poległych, lub tłuszczem mocarzy. Łuk Jonatana nigdy się nie cofał i miecz Saula nie wracał daremnie. Saul i Jonatan, kochający się przyjaciele, za życia i w śmierci nie są rozdzieleni”  (2  Sam 1, 19-23).
W dwieście lat później bezbożna i okrutna królowa Jezabel straciła życie w samym mieście Jezrael, strącona z okna i pożarta przez psy ; w ten sposób wypełniło się dosłownie proroctwo prześladowanego przez nią Eliasza: „Na polu Jezrael psy będą żarły ciało Jezabeli, a trup będzie jak gnój na polu...” (4 Krl 9, 36-37). Wiemy, że poeta francuski Racine w dramacie „Athalie” upamiętnił tę okrutną scenę biblijną.
W naszej drodze do Nazaretu przecinamy historyczny szlak wędrówki ludów, karawan kupieckich, wypraw wojennych, idący z Egiptu wzdłuż Morza Śródziemnego,  potem  przez sławną przełęcz i miasto Megiddo – miasto garnizonowe kawalerii Salomona (1 Krl 9, 15; 10, 26; Krn 25) i miejsce apokaliptycznej walki zła z dobrem (Ap 16, 16), dziś ciekawy ośrodek badań archeologicznych – szlak, przeżynający „dolinę narodów”, okalający jezioro Genezaret i zmierzający ku Damaszkowi.
„Dolina narodów” jest chyba spichlerzem Izraela. Bardziej jest znana pod nazwą doliny Ezdrelonu, choć Żydzi zachowali biblijną nazwę Jezrael. Co za kontrast z pustynną i kamienistą Samarią! Wokół bujna roślinność, ogromne łany zbóż, nawodnione ogrody warzywne, pieczołowicie chronione przed wiatrem sady z drzewami owoców południowych. Dolina przedziwnie żyzna i płodna. A to dzięki obfitym i licznym źródłom. Przy jednym z nich, źródle Gedeona (Ain-Harod), wódz izraelski tejże nazwy z zaledwie 300 wojownikami zwyciężył Madianitów, którzy zamieszkiwali ten żyzny kraj (Sdz 6-8).
Trzeba się wspiąć na kopulasty grzbiet Taboru (588 metrów), żeby objąć okiem całą dolinę Ezdrelonu, przeciętą rzeką Kiszon, i móc zachwycać się bogactwem i pięknem tej błogosławionej przez Boga krainy. Wszak każdy skrawek tej urodzajnej gleby kryje w sobie jakąś małą czy wielką historię, którą cierpliwe prace archeologów odgrzebują z zapomnienia. Ale chyba najważniejsze dzieje ludzkości zapoczątkował właśnie w stolicy Galilei sam Chrystus, skromny „syn cieśli”, który przeżył tutaj 30 lat swego krótkiego życia. Jeśli nawet pod względem ekonomicznym takie Lourdes wiele zawdzięcza Bernadetce, a Lisieux „małej” Teresce, ileż więcej ta ziemia i jej pracowici mieszkańcy Jezusowi z Nazaretu ? l czy tylko oni ? l jakże się dziwić owemu młodzieńcowi arabskiemu, który na pytanie czy jest zadowolony ze swej pracy krawieckiej i ze swego rodzinnego miasta, krótko ale z przekonaniem dał nam taką odpowiedź: „przecież tutaj żył Jezus!”
Mijamy izraelski ośrodek rolniczy i kupiecki, równocześnie ważne skrzyżowanie dróg, Afula (Afuleh), gdzie z ciekawością ale też pełni podziwu oglądamy nagromadzone   płody   ziemi przeznaczone na eksport. Znaliśmy wprawdzie znamienitych Żydów uprawiających takie czy inne rzemiosło, ale tutaj poznaliśmy również Żyda rolnika i ogrodnika. Za kilka centów raczyliśmy się pysznymi owocami, szczególnie soczystymi pomarańczami, jakich nie znajdziesz na naszych europejskich rynkach.
Za Afulą ciągnie się kolorowa szachownica pól, przeciętych pajęczyną wodociągów. Od wody zależy życie lub śmierć tego kraju. Jak też od klimatu i człowieka. Klimat śródziemnomorski sprzyja rolnictwu i wywiera pozytywny wpływ na usposobienie tutejszych mieszkańców. Jeszcze będziemy mieli okazję na stwierdzenie tego faktu. Ludzie tutejsi są wprawdzie pochodzenia żydowskiego (pokolenia Asser, Zabulon, Neftali i Dan), ale mocno zmieszani z pogańskimi ongiś tubylcami, a potem z przybyłymi Arabami i wojowniczymi Beduinami. Dziś ta ludność pozostaje politycznie mało zaangażowana, bardzo pracowita, przedsiębiorcza, pacyfistycznie nastrojona, co jest z pewnością jedną z przyczyn ogólnego dobrobytu mieszkańców Galilei.
Jeszcze raz spojrzałem w tył, bo droga zaczęła się lekko wznosić. Z żalem patrzałem na wschodni kraniec doliny, zamkniętej przez ruiny miasta Scytopolis, ośrodka wysokiej kultury hellenistycznej   ostatnich trzech wieków przed Chrystusem. Przecież do niego schronili się pierwsi chrześcijanie, uciekając przed straszliwą wojną judejską w 70 roku, zakończoną doszczętnym zniszczeniem Jerozolimy. Dziś ruchliwe Bet-Szean, panujące nad głęboką kotliną Jordanu (– 150 metrów) jest nie tylko ważnym punktem strategicznym Izraela, ale też czcigodną pamiątką biblijną.
Oto tło historyczno-geograficzne, które pozwoli nam lepiej poznać i zrozumieć niejedną scenę życia nie tylko Jezusa z Nazaretu,, ale też rodziny, w której się wychował. Wszak jabłko nie pada daleko od drzewa, które je zrodziło ! l kiedy na krótką chwilę, przez gardziel górską, zjawiły się przed naszymi oczyma białe domki Nazaretu, uświadomiliśmy sobie ważność tego okresu życia Zbawiciela dla jego późniejszej działalności apostolskiej. Nasi księża zwrócili nam na to uwagę, co potwierdziły trafne spostrzeżenia pana Mirona.
Św. Łukasz, uczony lekarz i bardzo krytyczny pisarz, wprowadza czytelnika w tajemnice ukrytego życia św. Rodziny. Nie ma w tym życiu żadnych cudowności. Autor po prostu opisuje to, co słyszał z ust najbardziej wiarygodnych, bo Matki Boga-Człowieka. Zwiedzając potem czy w samym Nazarecie, czy nad jeziorem Genezaret, dla nas czcigodne  pamiątki  tamtych zamierzchłych czasów, patrząc z bliska na codzienne zajęcia dzisiejszych mieszkańców, rozmawiając z nimi na ulicy i przy rodzinnym stole, przypatrując się ich strojom i zwyczajom, wielu z nas w zupełnie innej optyce zaczęło czytać Ewangelię o życiu i nauce Chrystusa. Były chwile, że wśród uganiających się po ulicy chłopców arabskich czy żydowskich rozpoznawaliśmy Jezusa ; oczyma wyobraźni widzieliśmy Go dorastającego i niosącego na głowie dzban wody zaczerpniętej przy jedynej studni biednego miasteczka; albo współczuliśmy z nim, kiedy w gorących promieniach słońca pracował razem z Józefem, ot jak ci pracownicy na polach, na najemnym ugorze. Jakże bliski był nam właśnie taki Chrystus, ten na co dzień, ten tak bardzo nam podobny! Czyż nie dzielił z nami wszystkiego prócz grzechu (Flp 2, 7-8).
A Maryja? Piękna, smukła, jak każda tutejsza niewiasta, żona Józefa, Myriam, dziecko Nazaretu, musiała być nie tylko wierną towarzyszką życia cieśli, kowala, rolnika i wyrobnika w jednej osobie, ale też skrzętną gospodynią i usłużną sąsiadką. Nie, nie nosiła powabnych sukien, nie miała długich i pielęgnowanych paznokci, ale była jako jedna z tych urodziwych dziewczyn, które mijały nas po drodze ; jak te zapracowane niewiasty, które na polach wyrywały chwasty ; albo nawet jak te rozgadane przy studni kobiety, które zawsze mają sobie coś do powiedzenia... Takie, nie inne, było z pewnością życie poszczególnych członków Nazaretańskiej Rodziny, życie tak bardzo pracą wypełnione, życie zawsze zgodne z wolą Najwyższego. Tak, naszej pielgrzymce po drogach żyznej Galilei bardzo dużo zawdzięczamy. Dlatego zostaje dla nas dziwnie droga. O Judei mówi się, że stanowi sanktuarium Palestyny, w Galilei znaleźliśmy samo serce Ziemi Świętej. l tam też, jak zobaczymy, zostawiliśmy przynajmniej skrawek naszego serca..

Nazaret – perła Galilei

Twierdzenie, że chwała Galilei i sława Nazaretu rozpoczęły się od chwili powrotu św. Rodziny z Egiptu (Mt 1, 23), nie jest bynajmniej   przesadą.   Sama kraina leżąca na skrzyżowaniu międzynarodowych szlaków i stale stykająca się z wyższą kulturą pogańskich sąsiadów, nie cieszyła się dobrą opinią wśród prawowiernych Żydów Judei. Od chwili zaś, kiedy Salomon oddał dwadzieścia miast Hiramowi, władcy Tyru, za pomoc udzieloną podczas budowy świątyni i pałacu w Jerozolimie (3 Krl 9, 10-13), Galilejczycy coraz bardziej oddalali się od wspólnoty plemienno-religijnej. Wreszcie w dwieście lat później poważna ich część została uprowadzona do Asyrii, a na jej miejsce przybyła ludność zupełnie obca. 
A jednak właśnie tę „krainę pogańską” miał Izajasz na myśli, kiedy prorokował nadejście Zbawiciela, „księcia pokoju”: ,,W dawniejszych czasach upokorzył Pan krainę Zabulonu i krainę Neftalego i w przyszłości okryje chwałą drogę do morza... Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką, nad mieszkańcami mroków światło zabłysło” (8, 23 – 9, 1).
Dokładnie nie wiemy dlaczego Nazarejczycy nie cieszyli się szczególną sławą. l dlatego też sarkastyczna uwaga Natanaela, Judejczyka, pod adresem „Jezusa z Nazaretu”, nie powinna nas zbytnio dziwić: „Czyż może być co dobrego z Nazaretu”? (J 1, 45-46).
Niezapomniana nasza pisarka Kossak-Szczucka w książce „Pątniczym szlakiem” nie przesadza, gdy pisze: „Betlejem należy niepodzielnie do Dzieciątka Jezus, Jerozolima do Chrystusa Króla, Nazaret posiada samo dla siebie całą Chrystusową młodość”. Czyż nie przybyliśmy tutaj, żeby nie tyle odnaleźć ślady stóp Jezusowych i usłyszeć echo jego przedziwnych słów, ile odetchnąć atmosferą domku Nazaretańskiego i odmłodzić uczucia starganego życiem serca! Przecież właśnie w tej nieznanej przedtem wiosce zaczęło bić jego serce (Łuk 1, 38; J. 1, 14), tutaj żył długie lata jako chłopiec, młodzieniec i przystojny mężczyzna, aż do publicznego wystąpienia (Mt 4, 13); dotąd wróci, żeby nawrócić niedowierzających mu współziomków (Mk 6, 1-6), co mu się zresztą nie udało.
Dobrze utrzymana, szeroka szosa wspina się z doliny Ezdrelonu na dość strome zbocze Dolnej Galilei. Droga bardzo się kręci, wrzynając się zygzakami w skaliste wzgórze, na którego zboczu rozsiadło się dzisiejsze Nazaret. Bo stare biblijne osiedle skryło się raczej w małej kotlinie – ktoś nazwał ją „siodłem” – którą nie sposób ujrzeć z południa. Wreszcie ostatni zakręt w prawo i czytamy: NAZARETH! W autobusie rzadko kto usiedział na miejscu. Niejedna ręka kobieca ociera spływającą z oczu łzę. Tłumaczono nam, że nazwa „Nazaret” oznacza „kwiat”, ale dopiero wieczorem, kiedy ze szczytu wzgórza spojrzałem na miasto otoczone lasem wiekowych pinii, strzelistych cyprysów, pachnących ogrodów i opadających ku dolinie bogatych winnic, wówczas syciłem swe oczy jego przedziwnym pięknem. A jednak chyba każdy z nas, kiedy wyjechaliśmy w pierwsze domostwa starego Nazaretu, nie szukał kwiatów tej ziemi, ale miejsca, gdzie „Słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami” (J 1, 14).
Jak prawie wszędzie w Palestynie, kilkumetrowa warstwa gruzów i ziemi dzieli asfaltową nawierzchnię dróg dzisiejszego  miasta od dawnych kamienistych uliczek. To po nich uganiał się Jezus, to tą właśnie ulicą spieszyła Myriam po wodę do jedynej studni, która o 300 m. dalej wypływała ze skalnej szpary, to tędy wracał zmęczony Józef z pracy na okolicznych polach, jak większość mężczyzn i ojców ubogiej mieściny. Tak, dawne mieszkania leżały o wiele niżej, na poziomie grot skalnych, do których schodzić będziemy po kilkunastu a nawet kilkudziesięciu kamiennych, mocno zniszczonych stopniach.
Wprawdzie pobożna tradycja umiejscawia   rozliczne   sceny ewangeliczne w różnych zakątkach Nazaretu, jak Grotę Zwiastowania (Łk 1, 26-38), mieszkanie cieśli Józefa (Mt 1, 18-24), studnię Najświętszej Panny Maryi czy nawet „górę strącenia” (Łk 4, 28-30) stromo opadającą w dolinę Ezdrelonu, to jednak sama uczciwość „historyczna” wymaga, żeby dosyć krytycznie zapatrywać się na topograficzną autentyczność tych pamiątek. Zresztą jeszcze do nich wrócimy. Tymczasem interesuje nas sama Grota Nawiedzenia.
Mniej uważny pielgrzym czy zbyt spieszący się turysta nie wiele ujrzy na wciąż rojnych ulicach starego miasta. Jak w Jerozolimie – odbywa się tu ustawiczny targ (suk), od wschodu do zachodu słońca. W Nazarecie trzeba zejść pod ziemię, żeby znaleźć ślady życia świętej Rodziny. l my tam zejdziemy, tymczasem posłuchajmy nieco historii. To konieczne, żeby spojrzeć na codzienne życie jej członków może innymi oczyma, bardziej zgodnymi z nagą rzeczywistością, nam jakże bliską! Całość sanktuarium pokrywają dziś budynki klasztoru oo. Franciszkanów i nowo zbudowana  bazylika  Nawiedzenia.
Pod fundamentami rozciąga się stary labirynt mieszkań skalnych. Zasadniczo każdy „dom” dzielił się na trzy części: grotę służącą za sypialnię; zbiornik z wodą deszczową oraz magazyn z zapasami żywności; wreszcie przedgrocie, rodzaj przybudówki, miejsce pracy, ewentualnie kram uliczny, l takie było też mieszkanie cieśli Józefa. Pokazują je pod kościołem św. Rodziny, w szczególniejszy sposób poświęconemu Józefowi, patronowi braci robotniczej. W takich to warunkach krzątała się od rana do nocy Maryja, „rozkochana w Jezusie i pracowitym mężu”, w atmosferze miłości rodzinnej wzrastał przyszły Nauczyciel, w zaciszu domowym szukał wytchnienia niestrudzony żywiciel św. Rodziny. Tak było, nie inaczej. l tak jeszcze dziś żyje tu większość rodzin robotniczych.
Scena Zwiastowania miała miejsce w podobnej grocie mieszkaniu – dziś stanowiącej centrum nowej bazyliki – gdzie właśnie młodociana Myriam, już przeznaczona Józefowi, czekała na bliskie wprowadzenie do domu męża. Domyślamy się jak straszną tragedię serca musiał przeżyć młody małżonek (Mt 1, 18-24).
Nic dziwnego, że pierwsi wyznawcy Chrystusa, może już za czasów apostolskich, szczególną czcią otoczyli miejsce wcielenia się Syna Bożego. Należy przyjąć, że krótko po Edykcie Mediolańskim,    przyznającym chrześcijanom wolność religijną (313 rok) wzniesiono nad Grotą mały kościółek, prawdopodobnie w formie amfiteatralnej, a to ze względu na konfigurację terenu i użytek wiernych. Stok bowiem pagórkowatego „siodła” opadał ku południowi i sama Grota, w głębi sanktuarium była łatwo widoczna i dostępna z nawy kościelnej. Za czasów bizantyńskich rozbudowano kościół, ozdabiając go w cudnej roboty mozaikę. Po panowaniu Arabów (koniec VII do końca XI wieku), krzyżowcy wznieśli na   kilkumetrowych   gruzach przestrzenną świątynię (30 na 70 metrów), prawdziwe arcydzieło ówczesnej sztuki kościelnej. Ale powrót Arabów zrównał wszystko z ziemią w 1263 roku. Dopiero na początku XVII w. przybyli tu Franciszkanie, którym w sto lat później udało się wznieść – już pod panowaniem Turków – nawet dość okazały kościół.

W Bazylice Zwiastowania

W ostatnich latach kościół został zastąpiony wspaniałą bazyliką, przy której roboty nie są jeszcze całkowicie ukończone. Prasa międzynarodowa szeroko rozpisywała się na temat wysokich kosztów budowy, której zarzucano przepych nie licujący z ubogim życiem Matki Zbawiciela. Okazyjnie w rozmowie z ojcem gwardianem poruszyłem również ten temat. Odpowiedział mi argumentami za i przeciw, l może miał rację. Tymczasem autobus z trudem toruje sobie drogę przez ciżbę ludzką, która płynie niby rzeka przez główną ulicę-suk starego Nazaretu, l tak od rana do wieczora. Tak było przed wiekami i tak będzie jutro. ,,Nazaret mało się zmieniło” – powiedział nam w dwa dni później wiekowy Ormianin.
Prawdziwego Żyda prawie że nie ujrzysz na wypełnionej ulicy. Ale przy wiecznie kupczących Arabach sporo cudzoziemców. Przeważa język francuski. Widoczny wpływ szkół tutejszych prowadzonych   przez zgromadzenia pochodzenia francuskiego. Żeby choć wspomnieć o gimnazjum prowadzonym przez Siostry Syjońskie lub o wspaniałej szkole technicznej Salezjanów, w górnej części miasta, poświęconej Chrystusowi-Młodzieńcowi.
Nie trudno też zauważyć, że tutejsi mieszkańcy nie są biedni. Pracowici byli zawsze a z kupiectwa słynęli daleko. Również podpada pewna swoboda zachowania się i wolność słowa. Snadź bolesny problem współżycia z Żydami nie jest tutaj tak aktualny jak gdzie indziej.
Wreszcie stajemy na małym placyku. Do autobusu podbiega sam właściciel restauracji-magazynu, pan Abu Nasser; nazwisko dość powszechne w Palestynie. Piękny mężczyzna w średnim wieku kłania się po pas, a szczery uśmiech rozjaśnia rysy jego pięknej rasowej twarzy. Wita nas w naszym rodzinnym języku, którego nauczył się podczas ostatniej wojny od oddziałów polskich stacjonujących w Nazarecie. Zaraz prosi do wnętrza, gdzie nas czeka syty i tłusty obiad. Ksiądz Stawarski tłumaczy mu, że to przecież Wielki Piątek. Obiad wprawdzie może być suty, ale wypadłoby zastąpić mięso rybą albo jajkiem. ,,Będzie, zaraz będzie” i nasz gościnny gospodarz  zniknął gdzieś w kuchni za kantorem.
Tymczasem zajmujemy cały kąt ogromnej sali. Sali? Prawdziwe muzeum. Nie brak nawet podobizny Pawła VI i oczywiście pstrokatych ogłoszeń turystycznych w głównych językach świata. Tu i tam przecudne dzieła sztuki arabskiej. Przy pięknie ubranych stolikach mieszanina wszystkich chyba kolorów, języków i wyznań. Sala wypełniona po brzegi, choć jest ogromna. Przy kiosku też ciżba. Wychodzę przez drzwi i patrzę na cudną kopułę nowej bazyliki. To tam zamieszkiwał kiedyś ,,książę pokoju” i jemu z pewnością Nazaret zawdzięcza swój dobrobyt i pokój. Jak na Palestynę, to wielkie skarby. Oto jak Bóg-Człowiek odpłaca się za niedowiarstwo swoich współziomków, o których przecież z boleścią w sercu powiedział: ,,Prorok bez czci jest tylko w ojczyźnie swojej, i w domu swoim, i pośród rodziny swojej” (Mk 6, 1). Dziś jednak Nazarejczycy, bez względu na rasę i religię, są dumni z ,,rzemieślnika, syna Maryi” (Mk 6, 3), dając go za przykład do naśladowania swoim dzieciom. Po sutym choć postnym obiedzie piszemy pierwsze widokówki z Nazaretu. Pocztówki i znaczki znajdujemy na miejscu. Zresztą wszystkie magazyny są otwarte, bo Arabów wyznania muzułmańskiego prawie że tu nie ma. Właściciele grzecznie proszą do wnętrza, nie są nachalni jak w Jerozolimie. Ich cierpliwość z klientelą jest przysłowiowa.
Ale spieszno nam trochę odpocząć i przebrać się po uciążliwej podróży. Przez trzy dni mieszkać będziemy u gościnnych ojców z Betharam. Mają ogromny klasztor prawie na szczycie wzgórza, skąd roztacza się cudny widok nie tylko na stare miasto, leżące prawie u stóp naszych w kotlinie, ale hen daleko – poprzez dolinę Ezdrelonu – na kopułę Taboru i spowite we mgle góry Gelboa. Szczególnie urocze będą wieczory, kiedy czerwona tarcza wiosennego słońca kryła się w morze za dalekim pasmem zadrzewionego Karmelu. Piękno krajobrazu, łagodny klimat, powietrze przesiąknięte wonią pachnących krzewów i cisza nocy spowijająca miasto Jezusa sprawiały, że jakoś trudno nam było zejść z tarasu domu do naszych klasztornych dość chłodnych cel.
Znowu jesteśmy gotowi na dalszy trud dnia. Umyci, przebrani, odświeżeni na ciele i duchu. Oto dzwony bazyliki już wzywają wiernych Nazaretu na Wielkopiątkowe ceremonie. Trzeba pamiętać, że na prawie 50 tysięcy mieszkańców miasta ponad 20 000 Arabów i Ormian, jest obrządku łacińskiego. Razem z tutejszymi wiernymi, to grupkami to osobno, krętymi i stromymi uliczkami, czasem nawet spadzistymi schodami, spieszymy do sanktuarium Maryjnego. Wchodzimy przez główne wejście. Cały fronton bazyliki jest ozdobiony płaskorzeźbami i rytym w kamieniu tekstem biblijnym sławiącym Matkę Chrystusa.
Wnętrze świątyni,  również zdobne w bogate mozaikowe obrazy, jest dziwnie puste. Dobrze, że w tej chwili wypełnione wiernymi. Młodzieńcy arabscy, z opaskami na ramionach, utrzymują porządek. Mówią biegle po francusku. Grzecznie wskazują nam miejsca siedzące. Ojcowie Franciszkanie przewodniczą żałobnym obrzędom. Teksty modlitwy powszechnej oraz pasji czytane były w języku łacińskim i arabskim. Śpiewy wiernych tylko po arabsku na dziwnie radosną, charakterystyczną dla tamtejszych ludów melodię. Nagrywamy ją na taśmę. Wspólna komunia św. kończy Wielkopiątkowe ceremonie. Młodzież arabska przystępowała do Stołu Pańskiego z przykładnym skupieniem i namaszczeniem. Żałowałem, że nie zabrałem ze sobą aparatu filmowego.
Jak już wspomniałem, pod zabudowaniami bazyliki i klasztoru OO. Franciszkanów znajduje się labirynt dawnych mieszkań skalnych. Roboty ziemne odkryły ślady wytartych schodów, krętych galerii, dobrze zamaskowanych wyżłobień na cysterny i magazyny zbożowe – widoczne świadectwo, że tu kiedyś mieszkali ludzie. Znamy już plan przeciętnego domu dawnych mieszkańców Nazaretu.
Jeden taki „dom” należał do rodziny młodziutkiej czarnookiej Myriam, przyrzeczonej od dawna Józefowi cieśli, synowi Jakuba (Mt 16, 18), mieszkającemu nieco wyżej, na stoku kotliny. Tradycja nazwała miejsce wcielenia się Syna Bożego Grotą Nawiedzenia i ona też jest ośrodkiem, sercem wszystkich sanktuariów Nazaretu.
Schodzę do dolnego kościoła. Kwadratowy wielki ołtarz jest otoczony silną balustradą; ozdoba czy ostrożność przed nachalnością pielgrzymów, którzy zazwyczaj biorą coś na pamiątkę. l co by pozostało z czcigodnej Groty? Znajduje się ona w głębi, za balustradą, od strony północnej. Ostrożnie otwieram drzwi ogrodzenia. Cisza absolutna. Może podobna do tej, jaka tu panowała podczas pamiętnej wizyty Anioła (Łk 1, 26). Grota niewielka i całkiem zwyczajna: 4 metrów szeroka, może z 6 metrów głęboka i mało foremna. Surowe ściany są mocno poszarpane, bliżej ołtarzyka – oślizgłe od dotyku milionów rąk. Jak w Lourdes pod figurą Niepokalanej. Pod ołtarzem łaciński napis: „Verbum caro hic factum est”– „To tutaj Słowo ciałem się stało” (Jan 1, 14).
Klękam, jak wielu przede mną to uczyniło, bezszelestnie dotykając gorącymi wargami miejsca, gdzie prawie 2 000 lat temu dokonała się przedziwna tajemnica, która zaważyła na losach świata. Moich – również. Choć usta w tej chwili milczą – wszak milczenie jest mową najwyższą kontemplacji – serce jednak mocno bije. Z oczu spływa samotna łza...
Potem słowa Pozdrowienia Anielskiego, przecież tak często odmawiane, jakoś samorzutnie spływają na wargi: „Anioł Pański zwiastował Panie Maryi, i poczęła z Ducha Świętego”.

W drodze nad Jezioro Genezaret

Wrócimy jeszcze do uroczego Nazaret, gdzie Jezus się wychował (£uk. 4, 16) i gdzie też chcielibyśmy bliżej zapoznać się z jego młodocianym życiem, o którym dziwnie milczą ewangeliści. Tymczasem wielkosobotni program pielgrzymki przewiduje zwiedzenie nadbrzeża „morza Galilejskiego”. Choć droga niedaleka – zaledwie 31 km do Tyberiady – to jednak liczne miejscowości czy też wydarzenia związane z życiem Chrystusa i dziejami Kościoła uczynią tę wycieczkę naprawdę pasjonującą.
Dzień zapowiada się wspaniale. Poranne mgły opadają na okoliczne wzgórza.  Autobus wspina się główną ulicą miasta ku grzbietowi górskiemu Nadav, gdzie buduje się dzielnica czysto żydowska Nazaretu – Kiryat Nazrat. Przewodnik chce nam pokazać pomniki nowoczesnego budownictwa, zresztą naśladującego wzory zachodnioeuropejskie. Wprawdzie podpada jeszcze rzadkość zieleni – ongiś wzgórze było zupełnie nagie – niemniej każda grupa domów nowej dzielnicy jest otoczona starannie utrzymywanymi parkami. A w Palestynie obok wody każde drzewko jest oceniane na wagę złota.
Z placyku, gdzie stoimy, roztacza się daleki widok na dolinę Ezdrelonu, przysłoniętą od wschodu kopułą Taboru lśniącego w rannym słońcu. Zaś na północ prowadzi szosa ku starożytnej  osadzie  Sepphoris, dziś zwaną Tripori, gdzie mieli zamieszkiwać rodzice Matki Jezusa :Joachim i Anna. Podczas okupacji rzymskiej było Sepphoris nawet stolicą prowincji Galilei, a w czasie wypraw krzyżowych stała się ważnym punktem strategicznym ze względu na bogactwo Źródeł wodnych.
Szeroka, wygodna szosa spada ku wschodowi. Znowu przystanek. Przed nami, na skraju zielonej kotliny leży wioska Reina, ongiś posesja hr René, jednego z licznie tu osiadłych rycerzy frankońskich. Ale dziś osiedle nabrało rozgłosu z całkiem innej przyczyny. Podczas ostatniej kampanii wyborczej pani Golda Meir przyrzekła tutejszym mieszkankom instalację elektryczności i wody, o ile Arabki będą na nią głosowały.
Odmówiły. Dlatego nie mogą się zgodzić na taką propozycję, albowiem postęp odebrałby im resztkę wolności, jaką się jeszcze cieszą, mogąc kilka razy dziennie spotkać się przy jedynej studni, gdzie każdej wolno się wygadać do syta i po prostu poplotkować. Za tę niewieścią przyjemność mogą nadal dźwigać na głowie stągwie wody, jak to przez tysiąclecia robiły ich matki, babki i prababki ! Tymczasem pani Golda Meir została jednak premierem, nie zapominając bynajmniej o odważnych mieszkankach wioski Reina. Bo dziś nie tylko mają w domach elektryczność i bieżącą wodę, ale zbudowano im osobny dom, gdzie „klub kobiecy” może swobodnie się zbierać, kiedy mężczyźni przesiadują zazwyczaj w dusznych bo bezokiennych kawiarniach.
O wiele znaczniejsza wioska – kiedyś prawdopodobnie miasteczko – Kear Kana, nikomu nie jest obca. Przecież stąd pochodził apostoł Bartłomiej, znany z Ewangelii pod imieniem Natanael. To on, jako szczery Izraelita, pod adresem jeszcze mało sławnego Mistrza z Nazaretu wypowiedział znane zdanie : „Czyż może być co dobrego z Nazaretu” (J 1, 46). Wówczas zakopana w kotlinie wioska Nazaret ani się porównać nie mogła z bogatą Kaną chełpiącą się pysznymi winami.
Nas jednak o wiele bardziej interesuje miejsce cudu przemiany wody w wino podczas uczty weselnej, na którą był również zaproszony Jezus ze swą Matką i kilku uczniami (Jan 2, 1-11). Aż trzy kościoły przywłaszczają sobie lokalizację wydarzenia, ale najprawdopodobniej pierwszeństwo należy oddać cerkwi prawosławnej, zbudowanej na fundamencie bazyliki z czasów Konstantyna i, bliżej nas, na ruinach sanktuarium krzyżowców. W krypcie można jeszcze oglądać stągwie – rodzaj wielkiego glinianego garnca – do której z pewnością były podobne kamienne wiadra używane do obrzędowych obmywań żydowskich napełnionych podówczas przez służbę wodą „aż po brzegi”. Źródełko, skąd miano czerpać kryształową wodę, jeszcze dziś bije. Malowidło nad ołtarzem krypty przypomina moc pośrednictwa skrzętnej i zapobiegliwej Myriam w przyspieszeniu cudu dokonanego – dla utwierdzenia uczniów w wierze – przez jej boskiego Syna. Obrazy górnej nawy kościółka przedstawiają różne sceny biblijne związane z tematyką małżeństwa.
Sama „wioska jest otoczona ogrodami drzew figowych, oliwkowych i granatu. „Tylko wina tu nie widać” – odezwał się któryś ze spragnionych pielgrzymów. Pocieszyło go zapewnienie przewodnika, że w drodze powrotnej przystaniemy tutaj na chwilkę, żeby popróbować przedniego wina galilejskiego. „Ale to nie będzie już z Kany” – zafrasował się nasz pobożny pielgrzym. Również w Kanie uzdrowił Chrystus na odległość syna dworzanina królewskiego z Kafarnaum; biedny ojciec wyszedł aż tak daleko naprzeciw Jezusowi wracającemu z Judei, bo „syn już dogorywał” (Jan 4, 46-54). A przecież ten urzędnik królewski był poganinem, „l uwierzył sam i cały dom jego”, podczas gdy rodzinna wioska Nazaret trwała w niedowiarstwie (M k 6, 6).
Droga wije się dalej przez zielone łąki i urodzajne pola. Tu i tam stada spokojnie pasących się owiec. Ot, cisza i czar naszych polskich pól. Dolina Turanu jest znana ze swej żyzności. To nasze Kujawy. Ileż razy wędrował tędy Jezus z uczniami i może właśnie tutaj, przechodząc miedzami wśród dojrzewających zbóż, jadł ich złote ziarna ku zgorszeniu podpatrujących  go  faryzeuszów (Mat. 12, 1-8).
Może też z innej jeszcze przyczyny jest to dolina tak urodzajna. Zaraz po skrzyżowaniu szlaków Kfar Tabor – Safed i Nazaret – Tyberiada, po lewej stronie szosy wznoszą się zębate pagórki zwane „rogami Hattim” ; coś jakby wystające z ziemi ostrza mieczów lub groty dzid tych, którzy tu tysiącami polegli; to ich krew użyźniła tę glebę. Na przedpolu grzbietu galilejski pasterz czuwał właśnie nad stadem brunatnych owiec. Jakże idyllistyczny widok! Przystanęliśmy nad brzegiem drogi. Oczy nasze zwróciły się ku skubiącej bujną trawę trzodzie. Pan Miron opowiadał.
Dnia 4 lipca 1187 roku miała tu miejsce straszliwa bitwa. Więcej niż bitwa, bo rzeź. Wyczerpane przez długi marsz i dotkliwy skwar letni wojska chrześcijańskie w liczbie 60 000 zostały tu na głowę pobite przez wypoczęte lotne zastępy sułtana Saladyna I, który po bitwie własnoręcznie ściął głowę staremu rycerzowi Renaud de ChatiIIon, księciu Antiochii. Zwycięski sułtan Egiptu, zawsze rycerski i pełen poszanowania dla dzielnych Franków – tak wówczas nazywano wszystkich rycerzy przybyłych z dalekiej Europy – tym razem nie zapomniał o zbrodniach popełnionych przez winowajcę nie tylko na pobożnych wyznawcach Mahometa spieszących do Mekki lub Damaszku, ale też na chrześcijańskich Grekach. Zresztą to właśnie ten niegodny i zniewieściały rycerz, niby obrońca Krzyża, zerwał rozejm, jaki został zawarty między szlachetnym Solimanem i pobożnym choć schorowanym królem Jerozolimy Guy de Louignan, przyczyniając się tym samym do ostatecznego upadku łacińskiego Królestwa Jerozolimskiego.  Ach, ileż krwi ojców, mężów i synów wsiąkło w tę ziemię z powodu warcholstwa jednego człowieka, dla którego nic nie było świętym; żadna przysięga – słowem rycerskim ; żadna osoba – godną poszanowania. Zbrodnie Renaud de Chatillon-sur-Loing srodze zaważyły na dalszej historii Ziemi Świętej. Wypada dodać, że w bitwie tej nie brakło też polskich rycerzy, szczególnie synów Śląska, którzy tu wylali krew w obronie Krzyża.
Wciąż patrzyliśmy na zieloną murawę, która jakby barwnym całunem pokryła kwiat rycerstwa chrześcijańskiego. Jakże mogło się to stać ? Dowództwo wojsk dało się po prostu wywieść w pole. Rycerstwo stało przed bitwą w wyżej wzmiankowanym Sepphoris, gdzie nie brakło ani paszy ani wody. Podstępnie  źle   poinformowane, opuściło przed południem bezpieczne miejsce, w forsownym marszu dobrnęło do zębatego grzbietu górskiego, w którego cieniu skryła się wypoczęta armia Saladyna. Pod wieczór nastąpiła rzeź okutych w żelazo krzyżowców, wyczerpanych więcej spiekotą dnia niż samą walką. W trzy miesiące po klęsce padła bezbronna Jerozolima, 2 października 1187, tym razem na zawsze.

Alojzy MISIAK SAC

Ks. Alojzy Misiak SAC (1914-2004). Urodził się we wsi Rzadkowo. święcenia przyjął w 1943 roku. W Regii Miłosierdzia Bożego, pełnił wiele funkcji, między innymi był: wychowawcą, mistrzem nowicjatu, profesorem, dyrektorem szkoły, Przełożonym Regionalnym, rekolekcjonistą, ojcem duchownym, wielkim czcicielem, propagatorem i świadkiem Bożego Miłosierdzia, wicepostulatorem w procesie beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym siostry Faustyny. Relacja z pielgrzymi do Ziemi świętej ukazywała się w kolejnych numerach „Naszej Rodziny“ – 3 (306) 1970, s. 8-10; 4 (307) 1970, s. 14-15; 5 (308) 1970, s. 16-17; 6 (309) 1970, s. 16-17; 7-8 (310-311) 1970, s. 17-18; 9 (312) 1970, s. 18-19; 10 (313) 1970, s. 16-17.

34-3.jpg (10691 Byte)


Na zdjęciu:

Makieta
świątyni
Salomona

(Jerozolima)


Fot. Archiwum "NR"