.

Czy znamy chrześcijaństwo

Kard. Joseph Ratzinger, 
"Sól ziemi. Chrześcijaństwo i Kościół katolicki na przełomie tysiącleci. 
Z Kardynałem rozmawia Peter Seewald", 
przekład Grzegorz Sowiński, 
wydanie I: SIW „Znak”, Kraków 1997,
wydanie III: SIW „Znak”, Kraków 2005.

W marcu 1982 roku watykańska Kongregacja Nauki Wiary skierowała list do biskupa Alana C. Clarka, współprzewodniczącego Międzynarodowej Komisji Anglikańsko-Rzymskokatolickiej "ARCIC", powołanej do życia dwanaście lat wcześniej z myślą o doprowadzeniu do pojednania między Kościołem anglikańskim i Kościołem katolickim. List ten w dobie ekumenizmu trudno byłoby uznać za wydarzenie (tym bardziej, że w sposób dyplomatyczny wskazywał on raczej na pewien zastój w obustronnym dialogu), odnotowuję ten fakt wyłącznie dlatego, że pod dokumentem po raz pierwszy chyba widniał podpis kardynała Josepha Ratzingera, nowego prefekta Kongregacji (powołanego na ten urząd kilka miesięcy wcześniej). W 1996 roku kardynał Joseph Ratzinger obchodził zatem piętnastolecie swojej bliskiej współpracy z Janem Pawłem II. Peter Seewald wykorzystał ten fakt do przeprowadzenia z nim długiej rozmowy. Jej uporządkowany zapis składa się na "Sól ziemi".
O Peterze Seewaldzie wiem tylko to, co napisał o sobie w półtorastronnicowej "Przedmowie". Łatwo zauważyć, że centralne miejsce wyznaczył w niej serii wyznań: "Przed laty wystąpiłem z Kościoła - wiele się na to złożyło powodów. [...] Nie tak łatwo wystąpić z Kościoła". I  dalej: "A jeszcze trudniej powrócić". Wyznania zwieńczył szeregiem pytań: "Czy Bóg rzeczywiście istnieje? Jeśłi tak, to czy nadal potrzebujemy Kościoła? Jak ma wygłądać Kościół - i jak można go ponownie odkryć?" Peter Seewald, kreśląc autoportret, nie bardzo zadbał o szczegóły - w efekcie powstał szkic o takim stopniu ogólności, że może się w nim rozpoznać nie tylko autor. Portretując samego siebie, stworzył on bo­wiem autoportret zbiorowy. Lektura "Soli ziemi" potwierdza to spostrzeżenie. Jego własne doświadczenie i jego własna sytuacja nie odegrały większej roli w rozmowie z prefektem Kongregacji Nauki Wiary. W rozmowie dominuje perspektywa ogólna - jej podmiotem jest ludzkość lub człowiek. Ważny jest zarówno jej wymiar przestrzenny, jak i jej wymiar czasowy: obejmuje on cały świat, ale, oczywiście, w ważnym szczególnie dla chrześcijan momencie. Ten moment można ująć w sposób dwojaki - jako schyłek drugiego tysiąclecia chrześcijań­stwa i jako początek trzeciego jego tysiąclecia (nie są to ujęcia identyczne: pierwsze sprzyja podsumowaniu, drugie omówieniu perspektyw). Kongregacja Nauki Wiary, na czele któ­rej stoi kardynał Joseph Ratzinger, ma długą historię. Jej bezpośrednim poprzednikiem było Święte Oficjum, ale swoimi korzeniami sięga ona Świętej Inkwizycji. Obecną swoją nazwę zawdzięcza papieżowi Pawłowi VI, który na mocy motu propio Integrae sewandae (z 1965 roku) zreformował ją w duchu soborowym, a więc niewątpliwie w duchu bliskim kardynałowi Josephowi Ratzingerowi, jednemu z tych ludzi Kościoła, dla których Sobór Watykański II był przecież "przeżyciem pokoleniowym". Wydaje mi się, że ich stosunek do dokumentów soborowych, do całego soborowego aggiornamento, do otwarcia się Kościoła na świat jest nieco odmienny - musi być odmienny - od stosunku na przykład ich uczniów (w tym czytelników ich książek). Przede wszystkim dane jest im zakosztować owoców własnej pracy, co - zdarza się - może pozostawić cierpki smak na języku. "Nie da się zaprzeczyć: nie przeżyliśmy nowej godziny chrześcijaństwa, doszło do zapaści w wielu sferach - obok rozkwitu w wielu innych" - przyznał się kardynał Joseph Ratzinger swojemu rozmówcy (Młody profesor). Zapytany o przyczyny swojego rozczaro­wania wymienił dwa zasadnicze powody: nadmierne oczekiwania, młodzieńczą niecierpliwość i - co chyba ciekawsze -niezrozumienie intencji Ojców Soboru przez opinię publiczną. "[Reforma wiary zdawała się polegać nie na jej radykałizacji" - na czym zależało reformato­rom soborowym, "Lecz na jej rozwo­dnieniu" (Młody profesor) - co trafiło w gust epoki). Nie dziwi zatem, że kardynał Joseph Ratzinger nie miał więk­szych kłopotów z utożsamieniem "pry­watnych obowiązków" z obowiązkami Kongregacji, do których według Integrae sewandae należy "obrona wiary przez jak najlepsze szerzenie nauki wiary". Wydaje się, że o to właśnie chodzi. Rzeczywiście, wiara jest zagrożona przede wszystkim przez swoją karykaturę (dlatego tak łatwo o krytykę wiary, przy czym za krytykę wiary uchodzi na ogół krytyka jej karykatury). Jak najlepsze szerzenie nauki wiary należy zatem uznać za ważną formę jej obrony (jak najlepsze, czyli najmniej karykaturalne). Jeden z najdłuższych rozdziałów książki (Kanon krytyki) został poświęcony problemom, z jakimi prefekt Kongregacji boryka się właściwie przez cały okres sprawowania przez siebie urzędu. Chodzi, oczywiście, o coraz powszechniejszą krytykę podejścia Kościoła rzymskokatolickiego do ordynacji kobiet, do aborcji i anty­koncepcji, do małżeństw nie sakramentalnych, celibatu itd. Myślę, że istotnie problemy te maskują jedynie dwustop­niowy niejako proces karykaturowania wiary. Posłużę się przykładem. Kardynał Joseph Ratzinger przekonująco wyjaśnił sens celibatu, rekonstruując sposób myślenia właściwy dla zwolenników jego wprowadzenia w II czy III wieku: "Rezygnacja z małżeństwa i rodziny ozna­czała zatem, że rezygnuję z czegoś, co w ludzkim świecie jest nie tytko najnormalniejszym, ale najważniejszym. Że na drzewie żywota sam nie wydam nowego życia, że nie będę mieć własnej ziemi. Że żyję w wierze, iż moją ziemią rzeczy­wiście jest Bóg - a dzięki temu uwiarygadniam innym, że istnieje Królestwo Niebieskie. Nie tylko słowami, ale tą szczególną formą egzystencji świadczę za Jezusem Chrystusem, za Ewangelią, i w ten sposób oddaję im do dyspozycji swe życie". Przedstawione przez prefekta Kongregacji uzasadnienie celibatu uważam - wspomniałem już o tym - za przekonujące, ale jednocześnie zastanawiam się, ilu księży w Kościele, u schyłku drugiego tysiąclecia, może się nim posłużyć. Jeśli bowiem w ich modelu religij­ności często nie ma miejsca na codzien­ną ofiarę z własnego życia (jeśli żyją nie tylko dla Królestwa Niebieskiego), to trudno zrozumieć, dla czego ma ich obowiązywać właśnie celibat. Rozpoczęty przez nich proces karykaturowania wiary musi być zatem kontynuowany w żądaniu zniesienia celibatu. Jakby miał on jakikolwiek wpływ na współczesny kryzys wiary (karykatura wiary jest jednak nie tylko skutkiem kryzysu wiary, jest rów­nież jego przyczyną). Pojęcie kryzysu często pojawia się na kartach książki. Jedna z trzech jej części nosi tytuł Problemy Kościoła katolickiego (podobnie zostały zatytułowane składające się na nią rozdziały: Kłopoty Rzymu, Przyczyny regresu, Błędy Kościoła, Kanon krytyki). Prefekt Kongregacji Na­uki Wiary dość dokładnie omówił w nich zewnętrzne i wewnętrzne przyczyny te­go stanu rzeczy (w swojej krytyce wewnątrzkościelnej powiedział między in­nymi: "Niestety, historia dowodzi, że również Kościół nie potrafił samemu odepchnąć od siebie ziemskiego dobra, że zawsze musiano mu je zabierać, co potem zawsze wychodziło Kościołowi na zdrowie" - Błędy Kościoła). Oczywiście, w jakimś sensie dzieje Kościoła i chrześcijaństwa są historią kryzysów właśnie, ale są też dziejami ich przezwy­ciężania. Czy kryzys na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia świadczy o jakościowo nowej sytuacji chrześcijaństwa w świecie? Chyba tak. Nie dlatego jednak, że "w znacznej mierze nie zna­my już chrześcijaństwa" (czy kiedykolwiek je znaliśmy?), nie dlatego też, iż ży­jemy w przeświadczeniu, "że przecież doskonałe [je] znamy" (czy kiedykolwiek żyliśmy w innym przeświadczeniu?). Nowość sytuacji polega na tym, iż jesteśmy przekonani, "że musimy poszukiwać teraz czegoś zupełnie innego" ("Wiara katolicka: znaki i słowa"). Trzecie tysiąclecie - według kardynała Josepha Ratzingera - będzie należało do chrześcijań­stwa o tyle, o ile chrześcijanie podważą to przekonanie.

Andrzej DOBROWOLSKI

Andrzej Dobrowolski. Urodzony w 1961 roku. W latach 90. pisywał recenzje literackie, przede wszystkim dla tarnowskiego „Religioni et Litteris” i wrocławskiej „Odry”. Obecnie zajmuje się głównie pracą edytorską. Mieszka w Tarnowie. Prezentowany tekst ukazał się w „Naszej Rodzinie” – 6 (645) 1998, s. 32-33.

34-4-1.jpg (8667 Byte)


Na ilustracji:

Okładka książki
"Sól ziemi"

(2005)