Atlan

W Narodowym Muzeum Sztuki Współczesnej w Paryżu trwa wystawa malarska Jean[-Michel] Atlan. Atlan w muzeum… Któż mógłby w to uwierzyć jeszcze dziesięć lat temu, kiedy to malarz żył w nędzy i opuszczeniu, odrzucany przez dyrektorów galerii, przemilczany przez krytyków, niedostrzegany przez amatorów.
W sztuce potrzeba czasem, aby artysta odszedł i dopiero za tę cenę kończy się jego wygnanie. Aby dostąpić zaszczytu wysta­wy retrospektywnej w Muzeum Narodowym, Jean Atlan musiał umrzeć w czterdziestym siódmym roku życia. Przypomnijmy: tę samą cenę zapłacili [Francis] Grüber i Nicolas de Staël.
Dziś nikt nie wysuwa zastrzeżeń nad dziełem artysty tak przedwcześnie oderwanego od twórczości. Kimże byłby Picasso, gdyby jego kariera skończyła się na Arlekinach? Kim byłby Rouault, gdyby się ograniczyć do Sędziów i Ulicznic?
Ale podajmy kilka dat. Atlan przychodzi na świat w 1913 roku, w rodzinie kupców żydowskich, głęboko związanych z judaizmem i kulturą francuską. W 1930 roku robi maturę, jedzie do Paryża i rozpoczyna na Sorbonie filozofię. Doznaje jednak rozczarowania, filozofia europejska go nie zaspakaja.  Bardziej od tradycyj­nej filozofii zachodniej interesują go religie Dalekiego Wschodu, wierzenia ludów prymitywnych i magia afrykańska. Mimo wszystko osiąga magisterium z filozofii na podstawie pracy o dialektyce marksistowskiej. W roku 1939 rozpoczyna karierę profesora filozofii w liceach paryskich. Ale w tymże czasie nachodzą również na Francję prądy antysemickie. Atlan wnet musi się ukrywać, jego kraj jest okupowany. Potajemnie wydaje pierwsze tomiki po­etyckie: Initiation des mortes, Autres soleils et autres signes. Przynależy do ruchu oporu. Jakże jest frapujące podo­bieństwo między tym Żydem, filozofem i poetą a Simone Weil… W roku 1943 zostaje zaaresztowany, przechodzi więzienie i terror. Symulując obłęd zostaje uwolniony. Powraca na nowo do ruchu oporu. W 1944 roku wychodzi znamienny zbiór poetycki: Le Sang Profond. Dopiero po wojnie rozpoczyna malarstwo.
W malarstwie Jean an jest samoukiem i nie znosi akademii. „Nigdy nie uczęszczałem do akademii ani do żadnej szkoły sztuk pięknych, a zresztą wiedząc, czego się tam naucza, nigdy tego nie będę żałował. Moim zdaniem nie ma i nie może być «nauczania ma­larstwa» na szczeblu wyższym”. Początkowe lata twórczości przynoszą mu rozgłos. Nie na długo. W roku 1949 Atlan, samouk i rewolucjo­nista zostaje osaczony przez „profesorów” i oficjalną krytykę. Załamuje się nagle sukces. Następne lata są dla niego czasem opuszczenia, biedy, skrajnej nędzy. Artysta zostaje jednak wierny swojej sztuce, I właściwie dopiero jego śmierć w 1960 roku otworzyła oczy na jego twórczość przywracając prawdziwe spojrzenie na tego człowieka wielkiej miary.
Rozumiemy dlaczego wczesny okres twórczości jest reprezento­wany tak ubogo: nie więcej niż dziesięć płócien, malarz zmuszony był przepracowywać, zamalowywać i przemalowywać swoje obrazy. Nie miał środków na zakup materiałów. Lecz już ten początkowy Atlan, jakiż on jest! Zauważył kiedyś [Alberto] Giacometti, że niektóre dzieła ma­larskie są „ciężkie dla wzroku”. Atlan jakby pracował w brązie. Narzuca się swoistość, konsystencja, ciężar tych kompozycji. Płasz­czyzna jest gruba, jakoby „nieprzepuszczalna”. Te ciemnozielone prostokąty, smagane gwałtownymi uderzeniami pędzla, przywodzą na pamięć najlepsze przykłady sztuki prymitywnej: jakoby tkwiły przy źródłach wegetacji, przy życiu samym, pulsującym jeszcze w mule ziemi. Są to abstrakcje.
Atlan nie lubił tego terminu. „Nie lubię wyrażenia «sztuka abstrakcyjna», którego używa się czasem konwencjonalnie, by okreś­lić moje płótna. Jest ono wieloznaczne, skoro sztukę, która usiłuje tworzyć a nie odtwarzać można było tak samo dobrze nazwać «sztuką konkretną»... To przecież znana prawda, że żadna sztuka, czy to «kreatywna», czy «abstrakcyjna» nie jest sztuką przez jakości czysto mimetyczne… Nadszedł czas, aby wypracować nowy język, znaleźć formy, stworzyć przedmioty, sprawić, by się ukarał świat linii i kolorów, który nie ma nic wspólnego z literaturą, który nie jest podobny do tego, co się nazywa rzeczywistością, lecz który sam w sobie i przez siebie tworzy rzeczywistość... Zasadnicze zadanie nowego malarstwa polega na zastąpieniu wizji rzeczywistości przez autentyczność i rzeczywistość wizji”.
To pisał samouk w malowaniu. Jest znamienne, a twórczość Atlana stanowi przykład bez precedensu, do czego może dojść artysta, który konsekwentnie szuka siebie i słucha tylko siebie. Atlan od po­czątku wiedział, gdzie jest jego droga. W późniejszych pracach ta droga staje się jeszcze bardziej przejrzystą. Powoli zaczyna się rozjaśniać koloryt, ożywia się kompozycja, napływa dynamizm linii i kształtów. Obraz zaczyna płynąć, jakby w rytm tańca.
„Maluję tak, jak się tańczy – mówił. – Kolorowi wychodzącemu z tuby, towarzyszę całym moim ciałem, każdym moim gestem”. I oto obraz jest jak taniec plemienny, pierwotny, upajający, odurzający, tajemniczy i straszny. Jest jak magia, jak kontakt z prymitywnym, pogańskim bóstwem. Tę tajemniczość wzmaga czerń: zdecydowane, mocne linie, idące przez obraz jak zwoje wężów, łączące, zbierające razem kolor. Jakbyśmy patrzyli na maskę afrykańską. Czasem te ciemne linie jednoczące kompozycję przypominają ołów romańskiego witrażu. Pod tym względem istnieje niewątpliwe podobieństwo Atlana z póź­nymi pracami Rouaulta.
I jeszcze: jest u Atlana obraz swojego czasu. Dla niego był to czas zbrodni, prześladowań rasowych. Musiał udawać wariata, by uniknąć śmierci. Jego kompozycje sugerują potężne kraty, ostrokoły rozwijające się jak upiorne łapy skorpionów, jak żelazne ramiona gigantycznej machiny, przeznaczonej do uśmiercania czło­wieka.
Interesujące jest, że w tym wszystkim Jean Atlan nie przestawał nigdy kontemplować swojego własnego obrazu. To nie jest przypadek, że większość jego dzieła jest wykonana w pozycji pionowej. Tak ma­luje portrecista. Na wystawie umieszczono wielką fotografię artysty. I bardzo słusznie. Oto on: wydatny, semicki nos, czarny, mocny zarost, ciężkie, twarde rysy. Taki był: tajemniczy, demoniczny, okrutny. I w takim człowieczeństwie był poetą, dziś już wiemy – wielkim poetą. Prasa paryska poświęca mu obecnie sporo miejsca, Bernard Dorival z Muzeum napisał o nim książkę. W czasie, kiedy malarstwo abstrakcyjne wchodzi w okres coraz cięższych prób.

Józef SADZIK

Paryż, w lutym 1963 r.


Józef Sadzik (1933-1980) – pallotyn, edytor, estetyk, założyciel ośrodka odczytowo-dyskusyjnego Centre du Dialogue w Paryżu, przyjaciel artystów i mecenas wielu artystycznych przedsięwzięć, autor prekursorskiej Estetyki Martina Heideggera oraz rozproszonych po różnych książkach i czasopismach artykułów. Tekst pochodzi z maszynopisu.


81
-2-1.jpg (69675 Byte)

Na ilustracji:

Ostatnia
strona
maszynopisu
tekstu
Józefa
Sadzika

(1963)


© Archiwum "R"

© Recogito, Rafaliga