Z Przemyśla do Leeds (28)

Wspomnienia Józefa Kazimierza Wisza


W Anglii. Blackpool

Nowe warunki, w jakich znalazłem się po wylądowaniu w Anglii, były niezmiernie ciekawe i zachęcające mnie do napisania długiego listu do Rodziny i przyjaciół w Polsce. Miałem po prostu ochotę usiąść przy stoliku w hotelu, w którym ulokowano mnie w Blackpoolu po przyjeździe z Glasgow i pisać o wszystkim – co doświadczałem od chwili lądowania na Wyspach Brytyjskich. Żałuję dzisiaj, po upływie prawie 40 lat, że tego nie zrobiłem!

Ale wtedy, w 1943 r. niewielu nas było, którzy mogli przypuszczać o tym, że Anglia stanie się naszą nową ojczyzną, z której już nigdy nie wrócimy do rodzinnego kraju. Nie wiedziałem wtedy, że kiedyś będę wspominał o tych pierwszych dniach mojego pobytu, opisując je w moim „pamiętniku”. Dzisiaj, po wielu latach pobytu w Anglii – wracam pamięcią do niesamowitych wstrząsów, które przeżywałem w pierwszych tygodniach i miesiącach i które później zadecydowały o wyborze kraju na świecie, do którego ja dobrowolnie miałem wyrazić swoją przynależność. Nie jest dla mnie rzeczą łatwą opisywać moje pierwsze wrażenia z Anglii. Wtedy, 40 lat temu, wszystko było nowością; dzisiaj, po spędzeniu 2/3 życia w mojej nowej ojczyźnie – przyzwyczaiłem się do ludzi, ich zwyczajów i obyczajów; poznałem ich język i kraj, który dzisiaj już nie wydaje się dla mnie taką „bajką”, jakim widziałem go w marcu 1943 roku!
Chciałem więc pisać i dzielić się moimi przeżyciami i wrażeniami z najbliższymi. Chciałem im powiedzieć, że znalazłem się wreszcie w bezpiecznym kraju od wojny, który odcięty od Kontynentu szerokim kanałem morskim beztrosko siedzi sobie na wyspach i oczekuje zakończenia działań wojennych w Europie. A kiedy począłem poznawać Anglię i Anglików – byłem już wtedy, w 1943 roku przekonany, że Niemcy nie mieli żadnych szans wygrania wojny. Wierzyłem również, że Rosja za swoje zbrodnie w latach 1939-1942 zapłaci drogo i przestanie być groźbą dla naszego kraju, do którego po zwycięstwie nad Hitlerem – na pewno wrócimy. W tym przekonaniu i takim nastawieniu chętnie zabrałem się do szkolenia w sztuce latania.
Ze względu na mój niski wzrost (161 cm) – przydzielono mnie na kurs nawigatorów. Byłem za niski do latania jako pilot. Zgadzałem się oczywiście na decyzję doświadczonych znawców i nie wnosiłem w tej sprawie żadnego sprzeciwu.
Anglików można było nazwać „flegmatykami” w przeciwieństwie do Polaków, których klasyfikowano, jako „choleryków”. A więc cokolwiek robili Anglicy – robili z rozwagą i powoli. My Polacy reagowaliśmy na podniety szybko, pochopnie i w podnieceniu. Ponieważ byłem Polakiem, nie rozumiałem dlaczego mnie od razu nie wsadzili do samolotu i nie pokazali, jak należy nim nawigować. Na wszystko trzeba było czekać. Zaczęło się od Blackpoofu.
Zakwaterowani byliśmy w różnych hotelach, po dwu oficerów w pokoju. Blackpool był znanym miastem letniskowym na zachodnim wybrzeżu Anglii; był oddalony od frontu o kilkaset kilometrów i mieszkańcy Blackpool nie widzieli samolotów niemieckich, latających nad Anglią ani nie słyszeli wybuchu bomb.
O wojnie wiedzieli z gazet i komunikatów radiowych. Nie doświadczyli oni żadnych trudów i znojów , bo mieszkali daleko od działań wojennych. Dlatego blackpoolczycy żyli sobie tak, jak za czasów pokoju. Spędzali wieczory w barach, dyskutując na temat wypadków dziennych, o pogodzie i o wiadomościach z frontu, które niespecjalnie ich interesowały.

Dla Polaków natomiast Blackpool i pobyt w tym mieście to był raj w porównaniu z poprzednimi warunkami. Byliśmy już odżywieni, więc zapomnieliśmy szybko o głodzie i chłodzie i o przeróżnych innych tarapatach, przez które przechodziliśmy w Rosji i na Środkowym Wschodzie. Blackpool był dla nas „nowym światem”, w którym ja osobiście poczułem się znowu wolnym człowiekiem! „Wolnym” dlatego, ponieważ zacząłem poznawać prawdziwą swobodę ludzką, której dotychczas nie znałem. Nikt nikogo do niczego nie zmuszał, nikomu nie przeszkadzał i nie kazał robić tak, czy inaczej. Chodziłem sobie po ulicach miasta, oglądając wspaniałe hotele, sklepy i wystawy. Codziennie o 10-tej rano zbieraliśmy się w „Savoy’u” tj. dużym hotelu przy promenadzie nad morzem – na dobrą kawę i ciasta. Zupełnie tak samo, jak za czasów gimnazjalnych, kiedy z kolegami ze szkoły i Lidką wstępowałem na kawę i ciasta do Rosiewicza, na rynku w Przemyślu. Różnica polegała na tym, że w Przemyślu znałem wszystkich, a w Blackpool spotykałem codziennie nowych ludzi i nowe zwyczaje.
W żadnym wypadku nie można było porównywać tych dwu miast do siebie. Blackpool był o wiele większym miastem od Przemyśla; był położony nad morzem i wyglądał zupełnie inaczej. Przede wszystkim zbudowany był na płaskim gruncie, bez wzgórz i pagórków, bez rzeki i mostów, bez lasów i pól, które otaczały mój kochany Przemyśl. Poza tym – domy, ulice, tramwaje i autobusy robiły wrażenie większego miasta; ludzie byli również zupełnie inni. Anglicy nie spieszą się, chodzą po ulicach spokojnie, powoli a zwłaszcza w takim mieście jak Blackpool, gdzie ludzie przyjeżdżają na urlop lub odpoczynek. Nie było więc powodu do pośpiechu. Tym bardziej, że mieszkańcy tego miasta nie pracują w fabrykach, bo ich tam nie ma. Blackpool, a zwłaszcza promenada nad morzem, to szereg hoteli zbudowanych jeden przy drugim wzdłuż kilku kilometrów wybrzeża. Były one przedzielone sklepami i miejscami rozrywek, gdzie działy się przeróżne „cuda”. Muzyka grała od rana do wieczora i można tam było wszystko kupić i stracić dużo pieniędzy na maszynach do gry, na loterii itp. rzeczach. Poza tym pomiędzy hotelami i sklepami z pamiątkami i miejscami rozrywkowymi – były teatry. „Sztuka” szła tam codziennie, a aktorzy z różnych miast Anglii zjeżdżali się do Blackpool na sezon letni, żeby zabawiać urlopowiczów. W południowej części Blackpool zbudowane było „Wesołe Miasteczko”. Takiego nigdy w życiu nie widziałem. Dla mnie „Pleasure Beach” (tak nazywało się miasteczko) w Blackpool było czymś nadzwyczajnym, czymś nieprawdopodobnym. Przypominało mi „zaczarowane miasta” z bajek, które mi matka opowiadała lub później, o których czytałem i marzyłem, będąc młodym chłopakiem. Huśtawki, olbrzymie koła z wmontowanymi siedzeniami, kolejki górskie, tajemnicze tunele, domy śmiechu i luster, jaskinie, groty strachu, wiatraki z kołyskami i masa przeróżnych gier i straganów, przy których można było zabawiać się strzelaniem, rzucaniem piłek w kukiełki lub gra na loterii. Tysiące różnorodnych zabaw i rozrywek dla młodych, dla dzieci i starszych.
Ponieważ przybyłem do Blackpool z końcem marca, sezon jeszcze nie rozpoczął się. Dlatego na „Pleasure Beach” było cicho i spokojnie. Chodziłem tam jednak z przyjemnością i oglądałem wszystkie urządzenia, ponieważ była to dla mnie nowość. Mieszkałem niedaleko od tego wesołego miasteczka. Korzystałem poza tym z wolności, bo nawet w czasie „martwego sezonu” można było pójść i wejść na teren „Pleasure Beach” i podziwiać robotników, którzy malowali i reperowali przeróżne maszyny, które w sezonie miały wozić, kołysać i zabawiać przybyszów. Podziwiałem również architekturę miasta Blackpool. Wprawdzie hotele były bardzo do siebie podobne – były budynkami dużymi i każdy o „swoistym charakterze”. Niby każdy taki sam, a jednak każdy inny. Różniły się one wejściem, oknami lub dachem. A już najbardziej imponująca była wieża blackpoolska. 520 stóp wysoka i widoczna z daleka. Zbudowana ona była nie na ziemi, jak wieża Eifla w Paryżu, ale wychodziła w górę z kompleksu budynków, które były teatrem, muzeum przyrodniczym; sala balowa i restauracja – pod jednym dachem. Wieża robiła wrażenie latarni morskiej: i tak jak latarnia robi wrażenie, że stoi na wodzie, tak wieża blackpoolska robiła wrażenie, że była przyczepiona do dachów budynków.
Kawiarnia „Savoy” była imponującym miejscem. Dużo było tam przestrzeni i wspaniała obsługa. Tak dużej kawiarni nie mieliśmy w Przemyślu. Najbardziej obcym zjawiskiem w Blackpool byli dla mnie ludzie. Niby tacy sami jak my, ale szwargotali oni po angielsku i trudno było ich zrozumieć. Po polsku nikt nie mówił i polszczyzny nie rozumiał.

Pamiętam mały incydent. Wieczorem wybrałem się z kolegami do baru. Nie znając języka, stanęliśmy sobie we trójkę w kącie przy ladzie i jeden z nas pokazał palcem na piwo. „Lager or bitter?” – pytała przyjemna, z miłym uśmiechem młoda Angielka. „Wsio rawno!” – powiedział kolega i pokazał dłońmi, że prosi o małe szklanki, a zwracając się w naszym kierunku pokazał, że wszyscy chcemy to samo. Piwo było doskonałe. Staliśmy więc i pociągali ze szklanek boski trunek. Po chwili usłyszeliśmy głośną rozmowę dwu Anglików, którzy stojąc obok nas sprzeczali się w jakiejś sprawie. Jeden z nich po cierpliwym wysłuchaniu szeregu zdań wypowiedzianych przez towarzysza zwrócił się do mnie i zapytał: „Did you understand what he was saying?” Nie rozumiałem, o co on pytał, więc grzecznie wykrztusiłem wyuczone zdanie; „I am sorry. I do not speak English”. „You speak English alright – powiedział Anglik. – Just try to understand this bloody Yorkshire man”! Odwrócił się ode mnie, żeby powiedzieć „Yorkshire man”, że on gorzej mówi po angielsku niż „bloody foreiner”. Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Anglikami.
Po kilku dniach pobytu zaczęliśmy oswajać się z tubylcami i mogliśmy nawet przy pomocy słowników i rąk dogadać się z nimi. Dziwiła nas ich cierpliwość i uprzejmość. Wszyscy uśmiechali się do nas i starali się pomóc jak najwięcej.

Komentarze. Spotkanie Anglików

Jeżeli chodzi o „służbowe sprawy” – to mieliśmy obowiązek meldowania się codziennie w naszym polskim dowództwie, skąd mieliśmy otrzymać dalsze rozkazy. Przez kilka pierwszych dni nie było tam żadnych dla nas nowin. Przyszła wreszcie niedziela. W katolickim kościele odprawiana była Msza święta przez polskiego księdza, który z ambony w czasie kazania począł nas uświadamiać o nowym kraju i ludziach. Na wstępie wspomniał o angielskiej pogodzie twierdząc, że w Anglii było więcej dni deszczowych w roku niż słonecznych. Mówił następnie o Anglikach, jako „zacofanych ludziach”, którzy żyją na argentyńskich i na swoich konserwach, gdyż są oni za leniwi, żeby gotować świeże potrawy. Ostrzegał nas przed kobietami, które od najmłodszych lat noszą sztuczne zęby, bo od konserw i braku higieny szybko tracą swoje własne. Opowiadał niesamowite historie o perfumowaniu ich ubrań, żeby zabić zapach brudnego ciała. Twierdził, że Angielki na ogół są brudne, nie domyte i cuchnące. Ostrzegał również przed chorobami wenerycznymi, które Anglicy przywożą z całego świata i zarażają nimi swoje kobiety. Radził nie bratać się z młodymi dziewczętami, które specjalnie przyjeżdżają do Blackpool na spędzenie swych urlopów na wyżyciu się i szerzeniu zarazy fizycznej i moralnej w zdrowym żołnierzu polskim! Na ogół w kazaniu zamykał nam drogę do jakichkolwiek kontaktów z tubylcami i kazał czekać cierpliwie na zjawienie się końcowej fazy wojny, po której miało nastąpić ostateczne zwycięstwo i nasz powrót do Kraju i rodzin.
Wyszedłem z kościoła oszołomiony i rozczarowany, gdyż nie spodziewałem się takiego nastawienia księdza do naszych gospodarzy, Anglików, tym bardziej, że już w pierwszych dniach mojego pobytu w Anglii spotkałem się raczej z dużą uprzejmością z ich strony i nie zauważyłem u nikogo sztucznych zębów, które według naszego „kaznodziei” miały kobietom wypadać z ust przy każdym kichnięciu. Ani w hotelu, ani w barze czy w „Sawoy'u” nie spotkałem nikogo z kobiet, które by „przesiąknięte były sztucznym zapachem dla zamaskowania smrodu”. Nie rozumiałem więc, dlaczego ksiądz nasz tak nas ostrzegał i radził, żeby nie zaprzyjaźniać się z nikim ze strony angielskiej? Natomiast skutek wysłuchania kazania księdza był wręcz inny, jak brzmiały jego zalecenia. Koledzy poczęli żartować na temat młodych dziewcząt angielskich i w konsekwencji tego poczęli chodzić po barach i szukać tego młodego, żeńskiego towarzystwa, żeby przekonać się o tym, czy ksiądz prawdę mówił czy kłamał? Okazało się ostatecznie, że młode (i starsze) dziewczęta były bardzo miłe i przyjemne. Były ładne, miały swoje zęby i nie „pachniały”, jak to opowiadał nam ksiądz kapelan! Dlatego w krótkim czasie wielu Polaków, czekających na swoje dalsze losy – zaprzyjaźniło się z Angielkami dość szybko i pomimo braku i trudności z językiem angielskim – dawali sobie oni radę z płcią piękną i wielu z nich po wojnie wróciło do Blackpool, żeby z tymi dziewczętami ożenić się i założyć rodziny.

Później, po zakończeniu działań wojennych, spotkałem się z podobnym nastawieniem przez naszych księży i innych „polityków” w sprawie bratania się z Anglikami. Ksiądz Czorny świętej pamięci na przykład i inni – byli bardzo przeciwni zaprzyjaźnianiu się Polaków z Anglikami. Księża nie chcieli dawać ślubów Polakom, żołnierzy odsyłano na studia. Sprawa ta była trzymana w tajemnicy, żeby inni, bez protekcji studenci, nie wnosili podań z prośbą o zwolnienie ze służby wojskowej. W niedługim czasie później dowiedziałem się o tym, że nasz zaginiony kolega z Blackpool studiuje na uniwersytecie w Edynburgu.
Na razie zapomnieliśmy o tym incydencie, ponieważ zaczęły się z nami dziać inne „cuda”, a było to tak: Do Anglii przyjechaliśmy w mundurach armii lądowej, tzn. w zielonych spodniach i bateldresach. W blackpoolskim biurze spotkaliśmy lotników w niebieskich mundurach, ale nikt z nich nie zwracał specjalnej uwagi na to, że my byliśmy ubrani w „khaki". W Hucknall natomiast było inaczej. Przyjechaliśmy na lotnisko wieczorem, tuż przed kolacją i komendant transportu kazał nam zebrać się na posiłek w kasynie oficerskim. Przechodzący lotnik, podoficer, wskazał nam budynek. Spacerkiem szliśmy do kasyna, oglądając po drodze prymitywne budynki w porównaniu z wygodnym i luksusowym Blackpoolem. Przy wejściu spotkaliśmy służbowego oficera obozu. „Panowie skąd?” – zapytał rozszerzając swoje niebieskie oczy w zdziwieniu. „Z Blackpool” – odpowiedział jeden z kolegów. „Aha” – mruknął zakłopotany oficer. „Wobec tego proszę przejść do tamtego baraku” – i wskazał palcem. „Powiedziano nam, że to tutaj jest kasyno oficerskie” – odpowiedział kolega. „Tak, ale panowie nie mogą wejść do kasyna oficerskiego, ponieważ nie jesteście odpowiednio ubrani”. „Jak to? – krzyknęło nas kilku – my nie mamy innych mundurów”. „Dlatego będziecie musieli jeść kolację w podoficerskim kasynie” – zadecydował służbowy i ruchem ręki sugerował przejście do innego baraku. Krew w nas wzburzyła się i postanowiliśmy nie ruszać się z miejsca. Na szczęście doszedł do nas komendant transportu i zapytał, o co chodziło. Po wyjaśnieniu rozmowy z oficerem służbowym postanowił pójść do komendanta obozu i załatwić sprawę naszej kolacji. Czekaliśmy dość długo, może pół godziny, zanim ostatecznie pozwolono nam wejść do kasyna i na równi z oficerami lotnictwa korzystać z posiłków i baru. W tym dniu właśnie spotkałem Bileckiego. który w stopniu kapitana, był instruktorem pilotażu w Hucknall. Od Dziunka dowiedziałem się wiele o stosunkach w naszym lotnictwie. Dziunek. zawodowy oficer, był jednak bardzo ostrożny w wyrażaniu swej opinii i na moje różne pytania odpowiadał: „Sam dowiesz się o sytuacji, przecież wstępujesz do RAF-u”. Prawdę mówił, ale ja jeszcze długo czekałem na to, żeby dowiedzieć się o tym, jak to naprawdę wyglądała służba w Lotnictwie Polskim, ponieważ po niedługim pobycie w Hucknall wyjechaliśmy do Torquay na wstępny kurs nawigatorów, a tam miałem bardzo mało wspólnego z Polakami. Opiekę nad nami przejęli angielscy instruktorzy, którzy traktowali nas bardzo dobrze i serdecznie. Naukę zaczęliśmy od dodawania po angielsku: 1 + 1= 2, 2+2=4 itd. Celem kursu było zaznajomienie nas z terminologią lotniczą przez uczenie nas wyrazów angielskich związanych z lataniem. Otrzymaliśmy tam również elementarne wiadomości o zasadach latania, poznaliśmy nazwy części samolotu i podstawowe wiadomości o nawigacji. Przygotowano nas w Torquay do właściwego kursu nawigacyjnego, który odbyć się miał w Kanadzie.

Hucknall - problem z kasynem. Torquay

Pobyt nasz w Torquay trwał kilka miesięcy. Mieszkaliśmy w hotelu nad morzem razem z grupą lotników tureckich, którzy brali udział w teoretycznej nauce latania, jak my. Program szkolenia dla obydwu grup był jednakowy: poznanie zasadniczej terminologii angielskiej związanej z lataniem i nawigacją - plus utrzymanie w nas zdrowego stanu fizycznego. W związku z tym ostatnim, karmiono nas dobrze i kazano nam uprawiać przeróżne sportowe ćwiczenia, które miały nas przygotować do ciężkiego wysiłku fizycznego w związku z lataniem w przyszłości.
Po zakończeniu kursu w Torquay odesłano grupę polską z powrotem do Blackpoolu. gdzie nas przemundurowano na niebiesko i oficjalnie przyjęto do RAF-u. Był to moment, w którym „zdegradowano” nas do najniższego stopnia oficerskiego w RAF-ie. tj. do stopnia podporucznika, pomimo, że większość z nas miała stopień porucznika w wojsku polskim. Jednak po dziewięciu miesiącach służby awansowano nas na poruczników, a po następnych dwu latach, do stopni kapitanów. Awanse w RAF-ie były automatyczne i tylko w wypadkach jakiegoś przestępstwa lub nie możności wykonywania przeznaczonej funkcji, nie awansowano kandydatów do wyższych stopni.

Inaczej było w polskich zwyczajach. Awansowanie młodszych oficerów do wyższego stopnia zależało od poszczególnych dowódców, którzy albo wnosili projekt na awansowanie młodszych oficerów lub nie. W tym względzie wiele zależało od tego, czy dany oficer podobał się dowódcy, czy nie. Było wiele wypadków, gdzie oficerowie w służbie RAF-u awansowani byli normalnie przez Anglików, ale nie otrzymywali równoznacznego stopnia od władz polskich. Awansowanie oficerów w służbie RAF-u przez polskie władze było czarnym rynkiem, gdzie protekcja, przekupstwo i podlizywanie się stało się podstawą do zdobycia wyższego stopnia i lepszej funkcji. Znajomi, krewni i koledzy z baru otaczani byli większą opieką swych dowódców niż ci, którzy nie pili, nie stawiali w barze i nie podlizywali się w taki czy inny sposób. I pomimo, że wykonywali swą służbę i czynności ze służbą związane należycie, często byli „zapominani” przez swych dowódców lub lekceważeni i pomijani na listach awansujących oficerów. Trudno było uwierzyć w to, że takie sprawy mogły istnieć w Polskim Lotnictwie! Przekonałem się później na własnej skórze, że właśnie tak było. Kiedy awansowano nas w 1945 roku do stopnia F\Lt (kapitana ) w RAF-ie, z dywizjonu 300 poszły wnioski do Dowództwa Lotnictwa Polskiego w Londynie na awanse oficerów. Pamiętam, jak w kasynie oficerskim „oblewałem” mój polski awans na kapitana z dowódcą dywizjonu, majorem Jurkowskim. Wiadomość o awansach otrzymaliśmy od niego i major zapewniał mnie o tym, że podał mnie razem z innymi kolegami komendantowi stacji, pułkownikowi Szpunarowi na liście awansów. Kilka tygodni później przyszła lista awansów z Londynu: niestety mojego nazwiska na tej liście nie było. Ktoś w komendzie obozuje skreślił lub zapomniał przepisać na maszynie. Nigdy nie dowiedziałem się, jak to się stało. Dopiero w dniu zwolnienia z wojska dowiedziałem się, że podobno awansowano mnie o jeden stopień wyżej. Zignorowałem wiadomość i nie czekałem na potwierdzenie jej rozkazem. Skończyłem służbę w polskim lotnictwie w stopniu F\Lt., nie troszcząc się wcale o mój polski stopień. Podobnie było z odznaczeniami: mój pilot Seweryn, latał na ochotnika drugą kolejkę, żeby otrzymać jakieś lepsze odznaczenie. Inni zaś, jak mjr. „X” (nie podaję nazwiska, bo nie chcę mu przykrości przysporzyć ), otrzymał Virtuti za trzy loty na minowanie Le Havre w 1940 roku! Tak to było w naszym Polskim Lotnictwie w Anglii. Ale ja mało wiedziałem o tych sprawach w 1943 roku. Po przemundurowaniu nas w Blackpool czekaliśmy na transport do Kanady. Czekanie to trwało kilka tygodni, a więc znowu wiele nieróbstwa. Spędzaliśmy czas na spotkaniach w „Savoyu”, na kawie i ciastkach, a wieczory w barach. Wreszcie pewnego dnia otrzymaliśmy rozkaz pakowania manatków. Przewieźli nas do Liverpoolu, skąd olbrzymim okrętem „Quenn Mary” przepłynęliśmy Ocean i wylądowaliśmy w Kanadzie.

Wyjazd do Kanady

Marzyłem kiedyś o podróżach. A studiując geografię na Pedagogium, pragnąłem chociaż raz w życiu zobaczyć te egzotyczne i dalekie kraje, o których tak wiele słyszałem i czytałem w tym czasie. Wtedy jednak były to dla mnie tylko marzenia. Nigdy nie przypuszczałem, że na skutek wojny i olbrzymiego nieszczęścia, jakie spotkało mój kraj. będę „za darmo" zwiedzał różne kraje i kontynenty świata! Polskę dobrze znałem, ponieważ jako młody chłopak brałem udział w różnych obozach harcerskich, letnich i zimowych. Zwiedziłem w ten sposób całe Podkarpacie, Karpaty, Tatry, wiele rzek na wycieczkach kajakowych, dużo miast na wyprawach rowerowych, a później, po maturze, z wiedziałem dodatkowo Warszawę, Lublin, Toruń i Kraków. Już wcześniej znałem dobrze Lwów i inne miasta na południe i na wschód od Lwowa. Ale oprócz Jasiny, wioski w Czechosłowacji, leżącej przy granicy polskiej, nie znałem obcych krajów. Wiedziałem tylko od nauczycieli języka niemieckiego w gimnazjum, że w niemieckich miastach był podobno taki porządek i tak czysto na ulicach, że nie było gdzie splunąć. O Anglii i o Anglikach wiedziałem bardzo mało; pamiętam tylko, że mówiło się czasami o sławnych angielskich zapaśnikach i o ich „dyrektorach”, którzy nosili cylindry na głowie. O Anglii mówiło się, jak o kraju „zaczarowanym”, który miał wielu naukowców i sławnych marynarzy. Przez wieki szukali oni nowych dróg wodnych dookoła świata i gdzie zatrzymywali się, to zaraz zajmowali wyspy i kraje pod swoje opiekuńcze skrzydła. Dlatego atlas świata miał najwięcej kolonii angielskich, które wyraźnie były podkreślone różowym kolorem na globusie. Anglicy w moim pojęciu byli to „Supermani” i obraz Anglika przed moimi oczami, to była postać wysoka, o szerokich barach i ubrana w czarny garnitur z cylindrem na głowie. Każdy Anglik był dla mnie „Gentlemanem”, co znaczyło bardzo dużo. Wyobrażałem sobie również inne kraje i ludzi zupełnie inaczej, niż je znalazłem w rzeczywistości.
Najbardziej byłem rozczarowany Palestyną. Kraj to piękny, ładnie zabudowany (Tel-Awiw) z cudnymi ogrodami pomarańczowymi i cytrynowymi. Ale miejsca „Święte”, te o których uczyłem się na lekcjach religii w szkole, wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Przede wszystkim nie zdawałem sobie sprawy z tego, że te biblijne miejsca będą zamienione na rynki targowe, gdzie handel był wmieszany w sprawy wiary, nastroju duszy, modlitwy i przeżyć drogi krzyżowej! Byłem wprost wstrząśnięty warunkami, w jakich szliśmy grupą na Golgotę. W nasz pochód wmieszali się młodzi, brudni z szyderczym uśmiechem Arabowie, podsuwając nam pod twarze koszyki ze „świętymi” krzyżykami, medalikami, łańcuszkami itp. rzeczami, głośno zachwalając swój towar. Wyraźnie było widać z ich fizjonomii, że drwili z nas, skupionych uczestników „odpustu”. Wyśmiewali nas i z pogardą patrzyli na nas, modlących się do Boga o opiekę i pomoc. Arabskie kraje zrobiły na mnie przygnębiające wrażenie, zwłaszcza dlatego, że ja kochałem się w bajkach 1000 i jednej nocy, które były piękne i zachwycające. Tak samo Indie zobaczyłem inne, niż w mojej, przedwojennej wyobraźni. W rzeczywistości spotkałem się raczej z miłym rozczarowaniem. Bombaj i pociąg elektryczny bardzo mi się podobały.
Do Anglii wrócę później; teraz opowiem o nowym odkryciu. Zacząłem poznawać Kanadę i Stany Zjednoczone. O tych dwu krajach różnie myślałem przed wojną, obecnie miałem możność poznać je lepiej. Trudno byłoby mi wracać do geografii i historii Ameryki. Te rzeczy łatwo można znaleźć w wielu książkach. Ja będę opowiadał tylko o moich wrażeniach prostego człowieka, który z biednej Polski został wyrwany do rosyjskiego „Raju” i po tarapatach wojennych znalazł się w olbrzymim kraju Północnej Ameryki – w Kanadzie. Brak znajomości języka angielskiego u mnie to była duża bariera, utrudniająca mi poznawanie ludzi, ale te sprawy ułatwiali rozwiązać Polacy, potomkowie emigracji z 1831 i 1863 roku. Przyjęli oni Amerykę jako swoją nową ojczyznę; dlatego też nie brakowało tłumaczy, przewodników i gospodarzy, którzy nas serdecznie przyjmowali.
Z początku jednak mojego pobytu w Kanadzie porozumiewanie się nie było łatwe, a to z tego powodu, że przywieziono nas tam za wcześnie i za wcześnie spotkaliśmy się z ludnością cywilną. Sytuacja zaistniała na skutek tego, że w Malton koło Toronto, gdzie mieliśmy odbywać kurs nawigacyjny, uczestnicy kursu przed nami otrzymali tak słabe wyniki na egzaminach, że postanowiono ich zatrzymać na dodatkowe trzy tygodnie dla zdobycia większej praktyki w lataniu i więcej wiadomości o nawigacji. Nas natomiast zatrzymano w Moncton, we wschodniej części Kanady i ulokowano w obozie RAF-owskim. Obóz położony był daleko od miast i ośrodków polskich. Mając jednak trzy tygodnie w zapasie, dali nam zaliczki po 50 dolarów (oprócz normalnego wynagrodzenia) i wysłali na dwu tygodniowy urlop, dając nam możność poznania kraju.
Przed wyjazdem z Anglii byłem w kontakcie z Jurkiem Grudnickim, który w tym czasie był w Szkocji na kursie oficerów sztabowych (Wyższa Szkoła Wojenna). Kiedy Jerzy dowiedział się o moim wyjeździe do Kanady, przysłał mi paczkę z prośbą doręczenia (lub wysłania z Kanady ) jego ciotce, mieszkającej pod No 1000 Madison Ave., w Nowym Jorku.
Korzystając z dwutygodniowego urlopu, postanowiłem pojechać do Nowego Jorku i doręczyć paczkę ciotce Grudnickiego. Namówiłem Kubanka, jednego z kolegów, żeby mi towarzyszył, zapewniając go o tym, że jechałem do „znajomych”, którzy zaopiekują się nami w Ameryce. Kubanek zgodził się na moją propozycję i tego samego dnia wsadziliśmy nasze pidżamy do teczek i wyruszyli w daleką podróż. W Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych w tym czasie można było podróżować w mundurze oficera RAF-u bez ograniczeń i bez żadnych trudności. Wykupiliśmy więc na stacji kolejowej długie bilety do Nowego Jorku i z powrotem. Najkrótsza trasa prowadziła przez Boston; postanowiliśmy go również zwiedzić.
Kubanek był z zawodu z Polski kreślarzem i oficerem rezerwy, tak jak ja. Różnił się on ode mnie wyglądem: był wysokim, barczystym człowiekiem, uważał się za „przystojnego” i w przeciwieństwie do mnie, nie brał życia zbyt poważnie. Lubił żeńskie towarzystwo i miał duże doświadczenie w obcowaniu z kobietami. Dlatego też rozglądał się cały czas wokoło szukając i oceniając wartość płci pięknej. Mnie interesowały inne rzeczy. Podziwiałem bilet wykupiony na stacji; takiego nigdy w życiu nie widziałem! Był długi przynajmniej na dwa metry. Po przejechaniu pociągiem pewnej trasy, konduktor przychodził do przedziału i odrywał po kawałku ten bilet tak, że kiedy przyjechaliśmy wreszcie do Nowego Jorku, na drugi dzień, pozostał nam już tylko bilet powrotny.

Podróż do Nowego Jorku. Dziewięć dni urlopu

Podróż zaczęliśmy wieczorem. Przedział w wagonie był dla dwu osób i na noc był zamieniony na sypialnię. Na spanie jednak nie mieliśmy ochoty. Kubanek szukał po pociągu towarzystwa żeńskiego, a ja podziwiałem stacje i miasta, przez które przejeżdżaliśmy. Pociąg jechał z dużą szybkością, bo był dalekobieżny, pospieszny i przystawał tylko na większych stacjach. Mniejsze przejeżdżał z szybkością 50 lub 60 mil na godzinę tak, że trudno było zorientować się, jakie stacje mijaliśmy w dużym pośpiechu. Na szczęście w przedziale była mapa w ramki oprawiona i zawieszona na ścianie. Miałem więc nowe zajęcie. Jeździłem palcem po tej mapie i sprawdzałem przejechane odcinki. Przyjście konduktora i zabranie kawałka biletu potwierdzało, że już przejechaliśmy taki a taki dystans. W ten sposób wiedziałem mniej więcej, przez jaki teren przejeżdżaliśmy. Niestety w nocy niewiele można było zobaczyć. Znużony monotonnym ruchem wagonu, zamknąłem oczy i usnąłem w pozycji siedzącej. Zbudził mnie Kubanek, który po zwiadowczej wyprawie wrócił rozczarowany do przedziału, żeby położyć się i przespać do rana. Widząc mnie siedzącego, zbudził mnie i pokazał, jak z trzech foteli robi się wygodne łóżko. Rankiem przyjechaliśmy do Bostonu.
W Bostonie musieliśmy przesiąść się na inny pociąg, ale ponieważ mieliśmy zamiar zwiedzić miasto, wyszliśmy ze stacji i spacerkiem zaczęliśmy wędrować po ulicach. Kubankowi nie bardzo podobał się nasz plan zwiedzania, bo czuł się zmęczony. A kiedy zapłaciliśmy w kawiarni kilka dolarów za nasze śniadanie, zatroszczył się kolega niskim stanem naszych pieniędzy w kieszeni i radził jechać dalej. Sugerował, żeby w drodze powrotnej, jeżeli nas stać będzie na to, zostać na dzień w Bostonie. Zgadzałem się z kolegą i od razu wróciliśmy na stację, żeby złapać następny pociąg do Nowego Jorku.
Podróż trwała do wieczora tego dnia i była o wiele przyjemniejsza od nocnego podróżowania, gdyż mogliśmy widzieć i podziwiać okolice i miasta. Około 9-tej wieczorem przybyliśmy do Nowego Jorku. Nie byliśmy pewni czy to była dla nas końcowa stacja czy nie, bo pociąg wjechał w jakąś ulicę miasta, która wcale nie wyglądała na peron czy stacje kolejową. Spuściliśmy okno w przedziale i patrzyliśmy, co inni pasażerowie robią. Nazwy stacji nigdzie nie było widać. Z pociągu jednak wyszła masa ludzi i wypełniła chodnik przed pociągiem. „To chyba Nowy Jork” – powiedział Kubanek i nie czekając na odpowiedź, wziął swoją teczkę do ręki i wyszedł na korytarz. W wagonie już nikogo nie było, więc szybko przebiegliśmy korytarz i wyskoczyli na peron. „Is this New York” – zapytałem najbliżej stojącego jegomościa. Nieznajomy spojrzał na mnie nieco zdziwiony, uśmiechnął się przyjaźnie i potakująco pokiwał głową. Staliśmy jeszcze chwilę w tłumie, a następnie powoli, jak z falą morską, posuwaliśmy się wzdłuż wystaw sklepowych razem z innymi ku wyjściu.
Stacja w Nowym Jorku zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że zapomniałem przez chwilę, gdzie byłem i po co się tam znalazłem. Kubanek przeżywał to samo i razem czuliśmy się, jak zabłąkane owce w puszczy, która nas straszyła i przerażała. Z jednej strony stał pociąg, z drugiej rząd wystaw sklepowych, z których przepiękne rzeczy przyciągały nasze oczy, ale baliśmy się spojrzeć na nie, żeby nie zgubić posuwającego się tłumu i nie zabłądzić w labiryncie wystaw sklepowych. Tłum szedł w jednym kierunku, my za nim. W ten sposób dostaliśmy się do tunelu, następnie po schodach pięliśmy się w górę, nie wiadomo dokąd, aż wreszcie znaleźliśmy się w olbrzymim hallu z wiszącymi wokoło balkonami. Balkonów było na kilka pięter. Wisiały one jedne nad drugimi. W hallu rozmieszczone były przeróżne stoiska za szkłem i wokół jakieś biura i sklepy, przy których grupami stali ludzie i załatwiali swoje sprawy. Zatrzymaliśmy się na środku hali i rozglądaliśmy się wokoło, żeby zobaczyć i znaleźć jakieś wyjście z tego ogromnego budynku. W pewnej chwili Kubanek trącił mnie i pokazał palcem na grupę ludzi, wychodzących z hallu przez nieduże jak na miarę budynku, drzwi. Poszliśmy za tymi ludźmi i znaleźliśmy się na prawdziwej ulicy Nowego Jorku, a mianowicie przed frontem Commodore Hotel!

Zobaczyliśmy tam kilka taksówek, wyjeżdżających z wnęki w chodniku i inne, podjeżdżające i zabierające ludzi. Dołączyliśmy do czekających w kolejce i po niedługim czasie znaleźliśmy się w taksówce. „Dokąd jechać” – zapytał kierowca. „1000 Madison Ave.” – powiedziałem i wręczyłem mu kartkę, na której miałem wyraźnie napisany adres. Kierowca podniósł rękę, jak do salutowania, co znaczyło, że zrozumiał i wiedział, gdzie nas wieźć.

W normalnych warunkach ludzie, korzystający z taksówek, czują się zadowoleni z wygody i z szybkości dostania się do celu. Często patrzą oni z politowaniem na tych. którzy muszą przestrzeń pokonywać na piechotę. Dla nas podróż taksówką w Nowym Jorku nie była ani przyjemna, ani zadawalająca. Przede wszystkim przedłużała się w nieskończoność, jechaliśmy szybko prostymi, szerokimi ulicami miasta, nie wiedząc zupełnie, gdzie wylądujemy. Martwiliśmy się o to, czy kierowca trafi i zawiezie nas na 1000 Madison Ave.; martwiliśmy się o to, że ta podróż będzie nas kosztować, a my mieliśmy bardzo mało pieniędzy w kieszeni. Zostały nam tylko zaliczki po 50 dolarów. Obawialiśmy się, że nie zastaniemy „znajomych” w domu; nie byliśmy pewni, czy oni nie zmienili adresu i może ich nigdy w tym olbrzymim mieście nie znajdziemy. Troszcząc się o te rzeczy, nie mieliśmy możności oglądać miasta, a kiedy kierowca wyjechał na długą, prostą ulicę wychodzącą z centrum w kraj nieznany i pocisnął jeszcze bardziej na gaz, zdawało się nam, że taksówkarz porywa nas i wiezie do jakiegoś amerykańskiego obozu koncentracyjnego, na naszą zgubę. Tymczasem kierowca zwolnił i zatrzymał wóz przed wielopiętrowym budynkiem, który stał sobie raczej samotny po lewej stronie ulicy. „1000 Madison Avenue” – powiedział, co znaczyło, że znaleźliśmy się u celu. Kubanek radził, żeby mu na razie nie płacić, bo nie wiadomo czy „znajomi” będą w domu, czy nie i może trzeba będzie wracać do miasta. Ja natomiast po uprzednich obawach poczułem się tak pewny siebie, że zapłaciłem taksiarzowi, ile trzeba było, podziękowałem i pozwoliłem mu odjechać. Zostaliśmy z Kubankiem na ulicy przed zamkniętymi drzwiami olbrzymiego budynku, niosąc w sercach wiele nadziei na powodzenie w spotkaniu z „przyjaciółmi”. Z prawej strony wnęki wejściowej do budynku zobaczyłem wmurowaną tablicę z nazwiskami lokatorów. Przy każdym nazwisku był rodzaj oświetlonego guzika. Domyślałem się, że należy pocisnąć jeden z tych guzików, żeby w ten sposób dać znać mieszkającym ludziom w budynku, że czekamy na otwarcie drzwi. Szukałem więc w podnieceniu nazwiska ciotki Jurka Grudnickiego, niestety bez rezultatu. Przebiegłem oczami jeszcze raz tablicę i takiego nazwiska nie było. Krew uderzyła mi do głowy z rozczarowania i strachu. „Jak się ta pani nazywa?” – pytał Kubanek. „Jerzy Grudnicki” – wyjąkałem zakłopotany. „To twój kolega tak się nazywa, a ciotka może inaczej” – głośno zareagował Kubanek. Sprawdziliśmy adres na paczce i zrobiliśmy wielkie odkrycie, a mianowicie, że nazwisko tej pani było inne od Grudnickiego. W tej samej chwili Kubanek nacisnął odpowiedni guzik. Po chwili usłyszeliśmy jakiś lekki trzask w drzwiach i zdawało się nam, że ktoś coś mówił za drzwiami, ale poza tym nic się nie działo. Kubanek nacisnął znowu guzik i usłyszeliśmy te same dźwięki za drzwiami. Znowu cisza i nic więcej. Trwało to kilka minut, aż w pewnej chwili wysoki, chudy jegomość otworzył drzwi i zapytał po polsku, czego my chcieliśmy. W odpowiedzi poinformowałem go, że przyjechaliśmy do pani „X” z Anglii z paczką od krewniaka, Jurka Grudnickiego. Chudy jegomość wyraził zdziwienie na twarzy, a następnie zaprowadził nas na pierwsze piętro i ulokował w małym pokoiku z lewej strony holu i kazał zaczekać. Pokoik wyglądał jak poczekalnia u przeciętnego dentysty, z kilkoma fotelami i okrągłym stolikiem na środku, na którym leżało sporo czasopism angielskich. W pokoju nie było okna i tylko jedne drzwi prowadziły do niego. Po wyjściu wysokiego pana Kubanek uśmiechnął się do mnie i szepnął: „Nieźle idzie. Ten jegomość to pewnie lokaj w tym domu”. Ja uspokoiłem się już zupełnie i czułem się zadowolony z obrotu sprawy. Zapewniałem Kubanka, że wszystko będzie dobrze.

W niedługim czasie otworzyły się drzwi i zobaczyliśmy w nich starszą panią, a za nią wchodzącego jegomościa, tego który nam drzwi otworzył. Od razu zorientowałem się, że nie mógł być lokajem, gdyż po przywitaniu się pani z nami, usiadł on sobie wygodnie w fotelu i brał udział w rozmowie. Ciotka Grudnickiego zadawała nam pytania, a ja z Kubankiem opowiadaliśmy o naszych przygodach wojennych. O Grudnickim nie wiedziałem wiele, więc tłumaczyłem jej, że Jerzy na pewno opisał swoje przeżycia w liście, który ona znajdzie w paczce. Ciotka jednak nie otwierała paczki i rozmowa rwała się jakoś, a w atmosferze zawisła niepewność, która zachwiała przez chwilę nasze wielkie nadzieje na serdeczne przyjęcie. Pani domu najprawdopodobniej czytała nasze myśli i widocznie zorientowała się. że byliśmy zmęczeni podróżą, bo nagle wstała i zapytała nas czy mamy ochotę na kawę czy herbatę? Kubanek spojrzał na mnie, ja na niego i zadecydowaliśmy razem, że wolimy kawę. Po tym oświadczeniu ciotka wyszła z pokoju, a my zostaliśmy w towarzystwie nieznajomego, chudego jegomościa. Okazało się, że ten pan władał doskonale językiem polskim i interesował się naszymi bohaterskimi czynami. Kubanek, będąc większym „bujaczem” ode mnie, zaczął opowiadać „lokajowi” o Battle of Britain, o wyprawach bombowców, o walkach pod Tobrukiem itp. rzeczy tak, jakby on sam brał w nich udział. Oczywiście przesadzał w niesamowity sposób. Ja próbowałem przerwać mu te „bajki”, ale nasz nieznajomy wydawał się potwierdzać bohaterskie czyny Kubanka i nie życzył sobie, żeby zmienić czy poprawiać walory opowiadania „bohatera”, którego miał przed sobą. W tej sytuacji i ja przyłączyłem się do fantastycznego naświetlania spraw wojennych i razem z Kubankiem bredziliśmy bajki nie z tego świata. Jegomość słuchał w podnieceniu i nie wiadomo na czym skończyłaby się nasza rozmowa, gdyby nie pani ciotka, która przerwała nam dyskusję, wnosząc na tacy kawę i biskwity. Położyła je na stoliku i kazała nam kosztować amerykańskie pierniki, wafle itp.
Po wypiciu kawy zapytała nas ciotka Grudnickiego, czy mieliśmy zamówione miejsce w hotelu? Kubanek zaniemówił, a ja grzecznie oświadczyłem, że prosto ze stacji przyjechaliśmy taksówką na 1000 Madison Ave. i nie mieliśmy czasu na zamówienie miejsca w hotelu. Pani domu wcale nie zmartwiła się tą wiadomością, tylko zwróciła się z prośbą do chudego pana o załatwienie tej sprawy. Młody jegomość wyszedł z pokoju i po kilku minutach wrócił nieco lepiej ubrany i ze względu na bardzo późną porę zaproponował, żebyśmy pojechali z nim do hotelu. Pani domu żegnała nas serdecznie, wyrażając nadzieję, że jeszcze spotkamy się przed naszym wyjazdem z Nowego Jorku.
Ja dziękowałem za uprzejmość i przyjęcie, ale w duchu rozpacz mnie ogarniała, gdyż zawiodłem Kubanka, przyrzekając mu, że lokal i jedzenie w Nowym Jorku będziemy mieli za darmo. Kubanek nic nie mówił, ale dużo myślał i na pewno żałował, że dał się namówić na podróż w nieznane. Ale jak na razie, nikt z nas o naszych problemach nie wiedział i nie mówił, bo miały się one zacząć dopiero w hotelu.
Tymczasem po pożegnaniu gospodyni zeszliśmy na dół i przed głównymi drzwiami chudy jegomość poinformował nas, żeby w przyszłości, po usłyszeniu takich a takich dźwięków przy drzwiach, pchnąć je i otworzyć, gdyż zamki te są automatyczne i każdy z lokatorów może je otworzyć ze swego mieszkania. Przed domem stał wspaniały sportowy samochód. Nie wiedzieliśmy skąd i kto go tam postawił, bo nie było kierowcy. Chudy pan musiał mieć coś wspólnego z tym samochodem, bo otworzył nam tylne drzwi, a następnie sam usiadł przy kierownicy i ruszył z miejsca w kierunku centrum miasta. Jechaliśmy szybko, bo ruch był mały i w niedługim czasie znaleźliśmy się przed głównym wejściem do hotelu. Ku naszemu przerażeniu zobaczyliśmy z Kubankiem, że chudy pan zawiózł nas do tego samego Commodore Hotelu, z którego wyszliśmy po raz pierwszy pod prawdziwe niebo wielkiego miasta. Byliśmy z Kubankiem bardzo zaskoczeni tym, że właśnie tam nas jegomość zawiózł, a nie do jakiegoś mniejszego hotelu; nie było jednak czasu na wyjaśnienia i dyskusje. Nieznajomy przeprowadził nas przez hall, zamienił kilka słów z urzędniczką przy ladzie, odebrał klucze, wręczył je Kubankowi. a chłopak hotelowy, w mundurze, zabrał nasze teczki i zanim zorientowaliśmy się, co się działo, jegomość pożyczył nam „dobrej nocy”, a chłopak hotelowy zabrał nas do windy. Z windy wyszliśmy na 17 piętrze. Przeszliśmy następnie przez korytarz, na drugą stronę, gdzie chłopak, biorąc klucze od Kubanka, otworzył nam drzwi mieszkania, w małym hallu postawił nasze teczki i wyszedł zostawiając nas samych. Przez chwilę staliśmy z Kubankiem w bezruchu. Nie wiedzieliśmy, co robić; zostać tam, czy wyjść z tego olbrzymiego labiryntu korytarzy, balkonów i tuneli – i szukać jakiejś poczekalni na stacji kolejowej, gdzie można by było przesiedzieć do rana. Sytuacja była naprawdę podbramkowa, bo ja bałem się cokolwiek powiedzieć czy sugerować, a Kubanek nie chciał mnie robić wielkich przykrości przez wyrażenie swego niezadowolenia i rozczarowania, jakie go spotkało. Po długiej chwili wahania się, otworzyliśmy drzwi z małego hallu do pokoju, żeby zobaczyć, jak ten pokój wyglądał. Okazało się, że pokój do którego weszliśmy, nie był sypialnią, był dużym salonem z olbrzymim oknem i wyposażony był w przeróżne meble. Na środku stał duży stół, w rogu miękki fotel, pod jedną ścianą duży fotel, obok stolik z kwiatami, a naprzeciw, pod drugą ścianą stały dwa inne stoliki: jeden z telefonem i nieduża kanapka i drugi, który można było przesuwać na kółkach. Na tym stoliku stał elektryczny czajniczek i w ozdobnych pudełkach paczki biskwitów. Osobno w słoikach była herbata, kawa. cukier, łyżeczki i serwetki pięknie złożone w okrągłych uchwytach. Na podłodze leżał wspaniały dywan. Z tego pokoju prowadziły drzwi do sypialni. Tak jak w pierwszym pokoju, podłoga w sypialni pokryta była dywanem. Przy ścianie stały dwa pojedyncze łóżka; obok nakastliki, krzesła z giętego materiału, a naprzeciw łóżek wbudowane były w ścianie szafy. Przy szafach lustro z fotelikiem, złote wiadro na śmiecie itp. Z podziwem oglądaliśmy nasze mieszkanie, ale Kubanek od razu zauważył braki pomimo, że mnie osobiście wydawało się, że wszystkiego tam było za dużo. „A gdzie łazienka? – zapytał – gdzie woda do mycia i golenia?” Okazało się po dalszym badaniu naszego apartamentu, że do łazienki prowadziły drzwi z małego hallu, do którego wprowadził nas chłopak hotelowy. Łazienka była duża, z wanną, prysznicami, lustrem, dywanikami; była tam szafka, stolik na rzeczy i oczywiście umywalka oraz wygodny sedes. Byliśmy oszołomieni odkryciem i w podnieceniu postanowiliśmy wykąpać się, zanim uciekniemy z hotelu, czy cokolwiek innego postanowimy zrobić później.
Kubanek poszedł pierwszy do kąpieli, ja po nim. Takiej „frajdy” już dawno nie mieliśmy, bo przez kilka ostatnich tygodni byliśmy cały czas w podróży i na rozkoszowanie się kąpielą nie było ani czasu ani okazji. Kiedy wyszedłem z łazienki nie tylko wykąpany, ale i ogolony (na jutro), usłyszałem pukanie do drzwi, które po chwili otworzyły się, a w nich zobaczyłem innego chłopaka hotelowego, pchającego mocno zastawiony stolik na kółkach. Zatrzymałem go w pół drogi, w drzwiach i próbowałem wyjaśnić, że on pomylił się, bo myśmy niczego nie zamawiali i to nie do nas ten stolik na kółkach należał. Młody chłopak uśmiechnął się, wskazał palcem na numer apartamentu i nie ustępował. Jeszcze raz pokazał palcem na mnie i na drzwi i tłumaczył, że to dla nas, dwu polskich oficerów. Trudno było mi się z nim dogadać, nawet Kubanek, który wyszedł do hallu z pokoju, już ubrany, też niewiele mógł pomóc, gdyż chłopak wiedział na pewno, że wózek był dla nas przeznaczony. Ostatecznie zostawił ruchomy stół w hallu i wyszedł na korytarz.
Kubanek radził niczego nie ruszać z wózka, kazał zostawić go w hallu i radził zwiewać jak najprędzej z hotelu. Ja nie wiedziałem, co robić. W pośpiechu ubierałem się w mundur i byłem gotowy zgodzić się z oceną sytuacji przez Kubanka. Ubierając marynarkę, zawadziłem przypadkowo ręką o moją książeczkę bankową z Anglii, którą miałem zawsze w kieszeni marynarki. W tej samej chwili wpadłem na pomysł, że przecież mogłem zapłacić rachunek czekiem, obojętne na jaką sumę wystawiony, bo i tak w banku nie miałem żadnego pokrycia. Ostatecznie, zanim w Ameryce dowiedzą się o tym, to my będziemy już w obozie i trudno, albo pożyczę pieniądze od kolegów i pokryję „niedobór” w banku angielskim, albo niech mnie nawet zamkną za oszustwo, co na pewno nie będzie tak ciężkie do przeżycia, jak na przykład „Tiurma” w Kijowie. Tak myśląc, zdjąłem marynarkę i wprowadziłem stolik do pokoju. Teraz dopiero zobaczyłem, co na tym wózku znajdowało się. Była to zimna kolacja dla nas z butelką prawdziwego szampana w lodzie, w wiaderku stojącym na dolnej półce stolika. Na stoliku natomiast znajdowały się talerzyki, a na nich przystawka z raczków, śledzia i innych cudów. Na większych talerzach przeróżne mięsiwa; osobno sałatka i jarzyny. Jednym słowem wspaniałe rzeczy, na widok których oczy nasze otwierały się szeroko, a ślinka rosła w buzi do wylewu! Tym bardziej, że byliśmy niesamowicie głodni, bo od śniadania w Bristolu nie mieliśmy, prócz kawy i biskwitów u ciotki, nic do jedzenia! Nie mogliśmy więc powstrzymać się od pokusy s pałaszowania tego, co nam, nie z naszej winy (!) przyniesiono do naszego pokoju! Wyjaśniłem zaraz Kubankowi mój plan używania książeczki czekowej i w ten sposób uspokoiłem go. W pół godziny później na stoliku nie zostało wiele.
Po spożyciu tej wspaniałej kolacji postanowiliśmy wyjść na korytarz i zobaczyć czy w hotelu istnieje jakieś nocne życie.
Często, kiedy wracam pamięcią do czasów mojego pobytu w Kanadzie, staje mi przed oczami obraz potęgi Nowego Jorku. Już sam hotel, drapacz chmur, był czymś, czego „przeciętny człowiek z Polski” niełatwo może przetrawić w swej pamięci. Mieszkaliśmy na 17 piętrze, a to była dopiero połowa z dołu do góry. Widok z okna hotelowego przerażający, okropny, bo to taki widok, jak z samolotu, który wylądował (lub rozbił się) na szczytach budynków. Z okna trudno było rozpoznać ludzi chodzących ulicą w dole. a samochody wyglądały jak pudełka zapałek. Strach człowieka opanowywał, kiedy z takiej wysokości spojrzał w dół. Wewnątrz zaś mącił spokój duszy zastraszający labirynt i to nie na jednym poziomie, ale na wielu. Wrażenie ciężarem przygniatające człowieka do podłogi, na której stoi. Nawet sama świadomość tego, że mieszka się na 17 piętrze jest przygnębiająca, a przynajmniej taka była, kiedy odkryliśmy z Kubankiem, jak to wysoko zostawiliśmy nasze teczki, po zejściu do dużego hallu na parterze, w którym tak samo można było zbłądzić, jak w labiryncie korytarzy, wind, klatek schodowych i numerów na setkach pokojów. Żebyśmy tylko trafili do swego pokoju, było naszą troską, kiedy znaleźliśmy się na dole. Klucz trzymaliśmy w kieszeni i sprawdzali często, czy go nam ktoś nie ukradł lub czy go nie zgubiliśmy, bo byłaby to jeszcze jedna tragedia w naszych przygodach. A kiedy wyszliśmy na ulicę, żeby zobaczyć jak to miasto z dołu wygląda, przeżyliśmy jeszcze jedną niespodziankę, która wstrząsnęła nasze nerwy. W pewnej chwili, kiedy próbowaliśmy zobaczyć skrawek gwiaździstego nieba, z czwartego lub piątego piętra niedaleko od naszego hotelu, wyskoczył pociąg i przejechał mostem nad ulicą i wpadł w kompleks budynków po drugiej stronie. Pociąg był oświetlony, zresztą na ulicy było jasno jak w dzień i mogliśmy wyraźnie rozpoznać, że nie był to sen ale rzeczywistość. Pociąg „kolejki podziemnej”, kursujący pomiędzy drapaczami chmur na wysokości 4 pietra! Takich rzeczy nie spodziewałem się zobaczyć, nie słyszałem o nich i do dzisiaj wierzyć mi się nie chce, że to co widziałem w Nowym Jorku było wszystko prawdą, czy tylko przeżywam refleksje dziwnych snów, jakie tam miałem w czasie mojego pobytu.
Rano jednak następnego dnia, kiedy już ubrani i gotowi zejść do otwartej restauracji na ulicy obok naszego hotelu (odkrycie to zrobiliśmy w nocy) na pewno nie było snem, kiedy nasz telefon zaczął dzwonić. Kubanek radził, żeby nie podnosić słuchawki, bo pewnie z dołu upominają się o pieniądze za wczorajszą kolację. Ja jednak mając zaplecze książeczki czekowej w kieszeni, odważnie podniosłem słuchawkę i ku mojemu zdziwieniu usłyszałem: „Czy porucznik Wisz?” – Oho, już mnie złapali, pomyślałem; wiedzą, jak się nazywam, chociaż nie rejestrowałem się w książce i jeszcze czeku nie podpisałem! „Tak – odpowiedziałem – w jakiej sprawie?” Po drugiej stronie telefonu usłyszałem miły głosik młodej dziewczyny: „Czy panowie gotowi? Czekamy na dole”. Przepraszam, ale to chyba pomyłka – powiedziałem – ja pani nie znam i z nikim nie umawiałem się”. „Ja nazywam się Zosia, a moja koleżanka Tekla, chcemy panom pokazać Nowy Jork, dobrze?” „Dobrze” –odpowiedziałem i wtajemniczyłem Kubanka w treść naszej rozmowy. Kubanek aż podskoczył z radości o wzmiance o młodych dziewczętach i tylko raz zapytał, czy na pewno młode i czy to nie była jakaś pułapka na nas ze strony starszych pań, które straciły powodzenie u mężczyzn, ze względu na swój wiek i wygląd. Zapewniłem go, że to były młode, piskliwe smarkule.
Zeszliśmy więc na dół i tak jak mnie zapewniała Zosia, czekały one w hallu przy głównym wyjściu z hotelu. Obie były średniego wzrostu, o okrągłych buziach, pięknie ubrane (i umalowane) i robiły wrażenie osiemnastolatek. Próbowaliśmy z kolegą przedstawić się oficjalnie, ale dla dziewcząt hallo wystarczało i od razu poprowadziły nas do stojącego przed frontem samochodu. Był to dla mnie początek zatracania mojej pamięci z pobytu w Nowym Jorku. Dlatego, drogi czytelniku, musisz mi wybaczyć moje „niedociągnięcia” w pisaniu, gdzie nie podam już nazwisk, nazw ulic i adresów, bo widzisz, ja od tego czasu byłem na wpół przytomny i tylko od czasu do czasu trzeźwiałem. Z tego powodu pamiętam dalsze wypadki jak we mgle.
Zaczęło się od wyboru siedzeń w samochodzie. Spodziewałem się, że panienki usiądą w przodzie a ja z Kubankiem w tyle samochodu. Tymczasem od razu stało się inaczej, jak się spodziewałem. Zosia kazała mi usiąść z przodu, przy niej, a Kubankowi została „przeznaczona” Tekla, na tylnym siedzeniu. Spodziewałem się, że dziewczęta obwiozą nas po Nowym Jorku i pokażą muzea, teatry itp. rzeczy. Tu również pomyliłem się, bo panienki zawiozły nas do prywatnego domu, w którym mieszkali rodzice Tekli. Kiedy zapytałem Zosię, dlaczego przywiozła nas do polskiej rodziny, odpowiedziała na to, że to nie była jej decyzja, ale nasza, bo przecież powiedzieliśmy, że jeszcze nie jedliśmy śniadania. Co miało wspólnego jedno z drugim? – pytałem. Miało, bo lepszego śniadania, jak u p. T. w Nowym Jorku nie można było dostać. I była to prawda, bo według mojej pamięci, to śniadanie u p. T. było „wielkanocnym śniadaniem” z Polski, tylko o wiele bogatszym, bardziej urozmaiconym, z niezliczoną ilością trunków do wyboru, gdzie w Polsce, nawet u bardzo zamożnych ludzi nie znałem i nie pamiętam takiej przesady.
I tak to się zaczęło. Musieliśmy z Kubankiem opowiadać nasze „fantazje” z wojny, bo polskich Amerykanów bardzo obchodziły te rzeczy. Słuchali, a później nam opowiadali o swoich przeżyciach, smutnych i wesołych. A kiedy po wypiciu sporej ilości alkoholu zaczęliśmy śpiewać, zabawa z muzyką i tańcami poszła na całego. Dobre humory zaczęły uwydatniać się po południu. Po krótkim odpoczynku od jedzenia i picia rodzina p. T. zmobilizowała transport i przewieźli nas z całą rodzinną ferajną do sali jakiegoś ośrodka polskiego, gdzie miało odbyć się zebranie towarzyskie, które oczywiście zakończono ucztą. Poznałem na tym zebraniu masę Polaków, w rezultacie czego codziennie inna rodzina opiekowała się nami. Ja nie bardzo tych ludzi poznawałem przy następnym spotkaniu, gdyż w tym pierwszym dniu już byłem zalany i nie pamiętałem, kto i kiedy odwoził mnie do hotelu.
Na drugi dzień naszego pobytu w Nowym Jorku postanowiłem nie poddawać się pokusom alkoholu i poważnie zapewniałem Kubanka o tym, że wódki do ust już nie wezmę. Co z tego? Rano przyjechały po nas dziewczęta i odstawiły nas do rodziny Y., którzy mieli u siebie syna na urlopie, marynarza i jego przyjaciela z marynarki amerykańskiej. Wykręcałem się od picia alkoholu przez cały dzień, zastępując go lemoniadą i piwem (byłem tego dnia niezmiernie spragniony) i wydawało mi się, że nie dam się namówić lub zmusić do picia mocnego trunku. Do południa wytrzymałem. Ale kiedy poszliśmy razem z marynarzami i koleżankami Zosi i Tekli zwiedzać najwyższy budynek w Nowym Jorku (102 piętra), a później zjechaliśmy windą gdzieś w podziemia, gdzie wśród kwiatów i wytrysków wodnych usiedliśmy przy „zaczarowanych” dla kochanków stolikach i kiedy nie my zamawialiśmy trunki. ale marynarze, skończyła się moja stanowczość i dla towarzystwa (jak diabeł ) dałem się namówić na jednego. Tak mi smakował, że przed drugim i trzecim już się nie broniłem.
Tego dnia po wspaniałej kolacji wieczorem u p.Y. wróciliśmy z kolegą wcześniej do hotelu. Wykręcaliśmy się w różny sposób z powodzi uprzejmości naszych rodaków i jakoś udało się nam. Pocyganiliśmy ich, że nie czujemy się dobrze itp. Powodem naszych wykrętów było co innego. Rano tego dnia, wychodząc z naszego mieszkania, spotkała nas na korytarzu średniego wieku pani. Zatrzymała nas w drodze do windy i zapytała skromnie, czy byliśmy Polakami. „Tak – odpowiedziałem – czy pani Polka?” „Tak!” – powiedziała i rozbeczała się na dobre. „Czy można do panów zadzwonić?” – pytała przez łzy. „Bardzo proszę – powiedziałem. – Może pani do nas przyjść; mieszkamy pod takim a takim numerem”. Wyjaśniła nam nieznajoma Polka, że ona pracuje w Commodore i nie wolno jej wchodzić do pokojów gości, ani spotykać ich na korytarzu, dlatego chciała do nas zadzwonić. Powiedziałem jej, że wrócimy wcześniej tego dnia i może ona do nas dzwonić. Nie wiedziałem wtedy, o co jej chodziło. Wróciliśmy więc do hotelu po 9 wieczorem i czekali na telefon od pani Z. Kubanek był mocno niezadowolony z umowy zawartej z Polką i uważał, że nie powinniśmy krępować jeden drugiego. „Umówiłeś się z nią czekać na telefon, to czekaj, a ja tymczasem pójdę zobaczyć, co się dzieje w hallu” – powiedział Kubanek i wychodząc z pokoju przypomniał mi, żeby klucze zostawić na dole, tak jak umówiliśmy się, w razie mojego wyjścia z mieszkania.

Wizyta u pani Williams

Około 10.30 zadzwonił telefon. Pani Z. informowała mnie o tym. że skończyła pracę i za chwilę pojedzie do domu. Prosiła, żeby ją spotkać na zewnątrz hotelu, przy postoju taksówek. Stamtąd właśnie dzwoniła. Nie zastanawiając się długo, zamknąłem mieszkanie i zjechałem windą do hallu. Oddałem klucze w biurze przyjęć i wyszedłem na zewnątrz. Pani Z. czekała tuż przy drzwiach i kiedy wyszedłem z hotelu, zaraz ruszyliśmy z miejsca skręcając w lewo, w kierunku mostu kolejki podziemnej, która wylatywała z jednego bloku budynków i wpadała do drugiego, na wysokości 4 piętra! Pani Z., mieszkała w Brooklynie, tj. w południowej dzielnicy Nowego Jorku. Zaraz po spotkaniu prosiła mnie. żebym koniecznie z nią pojechał do jej domu. Jej matka od wielu miesięcy błagała ją, żeby zaprosiła i przywiozła Polaka w mundurze, bo tyle słyszała o ich wojennych czynach, że pragnęła chociaż jednego zobaczyć. Byłem bardzo wzruszony tą wiadomością i zgodziłem się odwiedzić matkę p.Z. Podziemną kolejką (która często przelatywała w powietrzu) pojechaliśmy do Brooklynu. Pani Z. opowiadała mi o tym, że mieszkało tam wielu Polaków, którzy niestety nie dorobili się jeszcze dostatecznie, żeby przenieść się z mieszkaniem w lepszą dzielnicę. Ja osobiście nie zauważyłem tam biedy czy coś złego. Owszem, ulice wyglądały czyste, domy wyniosłe i dobrze utrzymane i dzielnica wyglądała dużo lepiej niż na przykład ulice Londynu czy innych miast angielskich. Ale p. Z. przygotowywała mnie na skromność w jej domu i brak wygód, jakie mają ludzie po drugiej stronie kanału wielkiego miasta.
Dom, do którego mnie p. Z. wprowadziła, był duży i zamieszkały był przez kilka rodzin. Flat składał się z trzech pokoi na pierwszym piętrze i dwu sypialni na drugim. Wejście do mieszkania było jedno; prowadził do niego wąski korytarz i klatka schodowa. Z mieszkania można było wejść na zamknięty balkon z jednego pokoju, a z drugiego na krużganek i do przybudowanego osobno pokoju w rodzaju altany. Wszystkie okna Flatu wychodziły na zamknięty w bloku dziedziniec tak, że podniecającego widoku z okien nie było. Na zewnątrz nie było drzew, pola, kwiatów itp. rzeczy, ale domowych kwiatów było sporo; krużganek i „przybudówka” były nimi wypełnione. Matka p. Z. wiedziała o naszym przyjeździe bo p. Z. telefonowała do niej przed skończeniem pracy i dała znać, że przywozi polskiego oficera. Dlatego też pomimo późnej godziny, czekała na nas w jadalnym pokoju, gdzie na stole przygotowana była dla nas zastawa na kolację. „To tylko jednego pana przywiozłaś?” – pytała matka, kiedy weszliśmy do mieszkania. „Tylko jednego” – odpowiedziała córka i wyszła do kuchni sprawdzić przygotowane jedzenie.
W międzyczasie z drugiego pokoju wysunęła się głowa starszego pana, lat 70 lub więcej, którego matka p. Z. przedstawiła mi jako swego kuzyna. „To także wojak – mówiła p. Z. – służył kiedyś w amerykańskiej armii, ale to dawno było”. Posypały się następnie pytania: skąd przyjechałem, na jak długo, z jakiej części Polski pochodzę, co robię w Ameryce, gdzie mieszkam itd. Matka p. Z. ocierała łzy, płynące z oczu ze wzruszenia, a kuzyn co chwila nos wycierał chusteczką, jakby cierpiał na chroniczny katar. Tymczasem p. Z. zapełniała puste miejsca na stole talerzami i półmiskami. I tak, jak u innych rodzin polskich, wnet znalazło się na stole tyle jedzenia, że można by pluton wojska nakarmić! A nas było tylko cztery osoby. Nie było jednak dużego wyboru alkoholu, była polska wódka i whisky. Były natomiast pyszne gołąbki i pierogi przysmażane, które zawsze wolałem od mięsa. Dlatego też wprawdzie nie byłem głodny, rozkoszowałem się polskimi przysmakami, których od wielu lat nie jadłem. Wódka miała podobno pomóc w trawieniu, więc sporo jej wypiłem, żeby „nie chorować z przejedzenia”.Pani Z. z matką i starszym panem, kuzynem, to byli prości ludzie, bez wykształcenia. Uważali się za „biednych” w porównaniu z innymi rodzinami polskimi w Ameryce. Stało się to na skutek rodzinnych nieszczęść. Ojciec p. Z.. robotnik w jakiejś tam fabryce, umarł 15 lat temu, a mąż p. Z. (córki ), Anglik, poszukał sobie młodą Amerykankę i wyjechał z nią z Nowego Jorku, zostawiając żonę bez opieki. Poszukiwania męża p. Z. trwały długo i dopiero w ubiegłym roku (po trzech latach poszukiwań ) p. Z. dowiedziała się, że mieszkał on z „drugą żoną” w Chicago. Tak więc p. Z. (Williams) zmuszona była pójść do pracy, żeby zarobić na kawałek chleba. Pracowała w hotelu Commodore, bo tam dość dobrze płacili.
I tak rozmawiając o wszystkim i o niczym dobrnęliśmy do wczesnych godzin ranka. Kuzyn po spożyciu późnej kolacji i po wypiciu kilku kieliszków wódki ulotnił się cichaczem z pokoju; zostałem sam z paniami i w pewnym momencie zatroszczyłem się o powrót do hotelu. „O, nie – mówiła matka p.Z. – w takim stanie nie możesz wracać; zresztą my cię nie puścimy; łóżko czeka przygotowane w gościnnym pokoju i prześpisz się u nas; córka odwiezie cię rano”. Nie broniłem się, bo wiedziałem, że obrona na nic się nie przyda. Tak więc jeszcze po jednym kieliszku, potem jeszcze jeden na dodatek, później na zakończenie dnia i już byłem gotowy do spania na podłodze.
Rano przebudziłem się w przestrachu. Nie wiedziałem, gdzie byłem i zdawało mi się, że mi ktoś związał ręce i nogi i dlatego ruszyć się nie mogłem. Okazało się, że miałem na sobie czyjąś dużą piżamę i długie rękawy i nogawki zaplątały się jedne w drugie tak. że nie mogłem rękami ruszać, ani nóg rozplatać. Dobrych kilka minut upłynęło zanim przypomniałem sobie o przygodach ostatniej nocy. Panie były już w tym czasie na chodzie. Matka p. Z. przyniosła mi do pokoju filiżankę herbaty i z uśmiechem zapytała, czy dobrze mi się spało. „Doskonale” – odpowiedziałem i próbowałem przypomnieć sobie, gdzie i kiedy tę staruszkę ostatnio widziałem. „Czy pamiętasz o tym. że ja jestem twoją ciocią?” – pytała pani domu. Nie pamiętałem, ale potwierdziłem, kiwając głową, że to prawda. Teraz dopiero zacząłem sobie przypominać, że w nocy matka p.Z. „adoptowała” mnie i z dumą przyjęła w poczet swej rodziny. Panią Z. (córkę) spotkałem po wyjściu z łazienki. Byłem już umyty, ogolony i prawie ubrany, bez marynarki. „Jak ci się spało, Józiu?” – pytała znajoma. Przypomniałem sobie od razu „bruderszafta” – przy ostatnim kieliszku wódki. Wstyd mi było, że pozwoliłem sobie na zalanie się do nieprzytomności, ale z zachowania się pań wnioskowałem, że nie popełniłem w tym stanie żadnego towarzyskiego przestępstwa. Obie panie były bardzo uprzejme; uśmiechały się do mnie serdecznie i gościły szynką, bekonem, jajkami, kiełbasą itp. rzeczami, które były normalnym śniadaniem w Ameryce. Mnie natomiast najbardziej smakowały Andrews Liver Salt, a potem soki owocowe, których było na stole kilka rodzajów do wyboru. Pragnienie wysuszało mi usta, dlatego piłem dużo a jadłem bardzo mało.
Pani Z. miała dzień wolny, względnie zaczynała dzień pracy po południu tak, że mieliśmy parę godzin na zwiedzenie Brooklynu. Matka p.Z. zaopatrzyła mnie w fotografie – swoją z napisem „Twoja ciocia” i p. Wiliams. Prosiła, żeby utrzymywać z nimi kontakt i kiedykolwiek znajdę się znowu w Nowym Jorku, to będę musiał je odwiedzić. Pożegnałem „ciocię” serdecznie i wyszedłem z p.Z. na spacer. Kolejką podziemną wróciliśmy później razem do Commodore Hotelu. Panią Z. spotkałem jeszcze raz w hotelu przed wyjazdem z Nowego Jorku, ale „cioci” już nie widziałem więcej.

Józef Kazimierz WISZ

Józef Kazimierz Wisz – urodził się 19 marca 1915 roku w Przemyślu. Syn Stanisława i Bronisławy z domu Kondrat. Pierwsze lata jego edukacji to prywatne lekcje, później został wysłany do szkoły jezuitów w Chyrowie. Następnie uczęszczał do Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego w Przemyślu. W 1938 roku ukończył szkołę podchorążych w Jarosławiu. Studiował pedagogikę we Lwowie. W czasie wojny znalazł się w Związku Radzieckim, tam był więziony i zesłany na Syberię. Z armią Andersa przeszedł cały szlak bojowy, przedostał się do Palestyny, walczył na Zachodzie. Był lotnikiem dywizjonu 300. Po wojnie pozostał na Wyspach Brytyjskich. Pracował jako kierowca autobusowy i mieszkał w Leeds. Pod koniec swojego życia poświęcił się pracy społeczno-kulturalnej na rzecz Polonii. Zmarł 30 listopada 2001 roku w Leeds i tam został pochowany. Jego wspomnienia zostały udostępnione „Recogito” przez rodzinę Zmarłego.


 

© Recogito, Rafaliga