Spis treści


EDYTORIAL

W madryckim klasztorze Karmelitek Bosych znajduje się ciekawy, barokowy obraz. Żeby go zobaczyć, trzeba niekiedy ustawić się w dłuższej kolejce niż do Muzeum Prado. Olbrzymich rozmiarów, w swej środkowej części przedstawia nieustraszony, potężny i dostojny statek, gromadzący na swoim pokładzie wielu ludzi, a tuż obok, walczące z rozszalonymi falami i połączone linami z nim, małe łódeczki pełne zabieganych ludzi, którzy swój jedyny ratunek upatrują w dominującym nad kaprysami morza wielkim statku. Zarzucają liny, chcąc uczepić się tej jedynej w zasięgu ręki nadziei. Na dalszym planie tonący „nieszczęśnicy”, którym nie udało się umocować liny. Gdzie w oddali port, spokojny, otwarty, jakby czekający na mających powrócić z dalekiej wyprawy. Autor znamiennie zatytułował swój obraz „La Iglesia” (Kościół).
Choć znajduje się na pierwszym planie, to jednak obserwujący zdaje sobie doskonale sprawę, że obraz prowokuje: toczy się walka o właściwe rozumienie Kościoła. Pomimo tego, że Kościół znajduje się w centrum, to jednak nie „jest” centrum[1], on sam podlega innej „grawitacji”: istotne jest dokąd prowadzi („port zbawienia”), kogo przygarnia na swój pokład, jak ustawia swe żagle, by uzyskać dobre wiatry. 
Ubóstwiany i zagłaskiwany nie mógł spełniać swej misji skutecznie, potrzebował zawsze tego Pawłowego przekonania, że trzeba wytężać swej siły ku temu, co przed nami: „zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie” (Flp 3,13n). Tym co wyróżnia i jest przedmiotem uwagi jest zatem ów „pęd” – tak, Kościół pędzi przez czasy i systemy, jest siłą pociągową, która zmierzając do celu, tworzy wspólnotę uczniów w drodze. Ale ów „pęd” Kościoła ku Panu nie może zostać spowolniony przez zbytnie skupienie na sobie: łatwo sobie wyobrazić co by się stało z maratończykiem, który straciłby z oczu perspektywę mety... Tak i Kościół nie zatrzymuje na sobie, odsyła dalej – pokazuje rutę, którą trzeba przejść. Jak oddział przedniej straży, który musi przejść przez niezbadany teren. Tylko wówczas nie zasłuży na naganę swego Mistrza, który przestrzegał przez przecedzaniem komara i połykaniem wielbłąda (por. Mt 23,24), czyli starej zasadzie, by nie odwracać do góry nogami wszystkiego, nie tracić z oczu celu i pamiętać „co” służy „czemu”, nie mylić środków i punktu dotarcia. By – krótko mówiąc – nie zabić „ducha” mieczem „litery”. 
Zawsze zastanawiało mnie dlaczego św. Tomasz z Akwinu (1225-1274) nie umieścił traktatu o Kościele w pieczołowicie przygotowanej „Sumie Teologii”, wielkim projekcie teologicznym, który chciał objąć całość zagadnień i kwestii „świętej nauki”. Pierwszym, który napisał traktat „De Ecclesia” był dopiero, o dwa wieki późniejszy, Juan de Torquemada. Akwinata jednak tego nie uczynił. Czy ukrył eklezjologię w części poświęconej sakramentom – jak twierdzą niektórzy - a może w chrystologii? Chciał inaczej rozłożyć akcenty, zachować ‘zdrowe’ proporcje refleksji teologicznej?
Jako uważny czytelnik Pisma Świętego, Tomasz nie mógł nie zauważyć zadziwiająco dyskretnego sposobu mówienia o Kościele w ustach Jezusa, co równie dobitnie artykułuje w swej najnowszej książce Benedykt XVI: jako przestrzeń realizowanego uczniostwa, nowej rodziny Jezusa, której zasadniczym wyróżnikiem jest świadomość powierzonej misji, spędzającej jej sen z powiek. Są jak Ci, którym ziemia pali się pod nogami. Dlatego Kościół będąc przepełniony obecnością swego Pana, nie fortyfikuje się, nie wraca do wieczernika sprzed spotkania ze Zmartwychwstałym, zamkniętego z powodu licznych „obaw”, lecz z żarliwością „pędzi” tam, gdzie jest posłany, potrzebny, wyczekiwany. 
Trudno nie dostrzec – w kontekście tak wielu wydarzeń dotyczących Kościoła w Polsce, których jesteśmy mimowolnymi obserwatorami – że toczy się bitwa o kształt eklezjologii, od której zależy wiele, jeśli nie wszystko. „Słuszne i zbawienne” byłoby prześledzić zatem w jakiej przestrzeni rozumienia Kościoła poruszają się wszyscy uczestnicy wszelakich debat i sporów, ferujący wyroki i po rejtanowsku broniący przed atakami. 
Dlatego pytanie Soboru jest w tym kontekście szalenie aktualne: kim jesteś Kościele? Odpowiedź Vaticanum II  nie zakończyła raz na zawsze dyskusji, lecz ją, po latach takiego może instytucjonalnego „przybicia” do jednego miejsca, na nowo ukierunkowała, ukazała nowe horyzonty, nowe rozumienie samego siebie. Sobór znów zaprosił nas na krańce świata, na zagrożone odcinki...

Piotr ROSZAK
tomista

[1]Pod tym względem język hiszpański jest ‘genialny’, rozróżniając dwa sposoby bycia – esencjalnego i przypadłościowego – i wyrażając je odpowiednio dwoma różnymi czasownikami „być”: mianowicie „ser” i „estar”.

 

 

Na zdjęciu:
Piotr Roszak
Fot. Agnieszka Brzezińska

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@lycos.de

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga