Spis treści


EDYTORIAL

Istnieje próg, poza który nikt nie ma dostępu. Jednym pozostaje wiara albo pamięć, albo tajemnica przemijania; innym – nieufność, zwątpienie, lęk, a nawet rozpacz; afirmacja mimo wszystko albo zupełna alienacja. Jak zatem zgłębić, zrozumieć, chociażby w przybliżony sposób opisać to, co nazywamy nieistnieniem czy też unicestwieniem? Jak poradzić sobie z tym bolesnym dylematem wtedy, kiedy dotyczy on bliskiej, najbliższej osoby? 
Noc z 8 na 9 czerwca i przedwcześnie zakończony dzień naznaczyły mijający czas. Niełatwo pogodzić się ze śmiercią. Niezależnie od tego, czy przychodzi ona wcześniej, czy później, w jesieni życia czy w młodości, czy pojawia się ona nagle, niespodziewanie, czy jest jak wyrok, od którego nie ma odwołania – trudno spokojnie podejść do faktu, który zmienia niemal cały horyzont, wprowadza w inny wymiar
„Zyskałem miesiące męczarni, przeznaczono mi noce udręki” – mówił biblijny Hiob. „Ciało moje okryte robactwem, strupami, skóra rozchodzi się i pęka” – skarżył się będąc świadomy, że jego „oko szczęścia nie zazna”, że nikt go „powtórnie nie ujrzy”. Mimo że nie potrafił „ujarzmić ust” i nie bał się mówić o swoim utrapieniu, a nawet narzekał „na boleści swej duszy”, mimo że prosił Boga, żeby „choćby ślinę” mógł przełknąć, jego błagania na nic się zdały. Cierpiał coraz bardziej i został zupełnie ogołocony, pozbawiony nie tylko swoich majętności, lecz i możliwości decydowania o swoim losie.
Analizując doświadczenie Hioba ks. Józef Sadzik pisał, że cierpienia nie można pojąć. Albo rzucamy się w ramiona Boga, albo odrzucamy i cierpienie, i Boga. Z pewnością nie brakuje takich, którzy buntują się przeciwko Bogu, odwracają się od Niego, a nawet czynią Go odpowiedzialnym – jak nieraz można usłyszeć – za to, że „milczy”, że „nie reaguje”, że „dopuszcza” do nieszczęścia. Czy jednak istnieje jakiekolwiek inne pocieszenie, inne oparcie, inne odniesienie?
Żadnego z doświadczeń nie da się przekazać. Dzielić można się swoimi spostrzeżeniami, przekonaniami, nawet nadziajami, lecz – opowiadając o swoich przeżyciach – jakby próbujemy oswoić siebie i innych z tym, co i tak pozostaje bardziej wewnątrz, niż na zewnątrz. Owszem, czasem mówimy, co czuliśmy, co myśleliśmy, jak przyjmowaliśmy konkretną sytuację, czym ona jest dla nas, lecz w gruncie rzeczy nie jesteśmy w stanie sprawić, że ktoś wejdzie w nasze odczucia. Cóż zatem powiedzieć o sytuacji podobnej sytuacji Hioba, jeśli nawet było się blisko, najbliżej jak można, lecz obok? Cóż powiedzieć o chorobie, cierpieniu i śmierci, kiedy pojawiają się one jakby w zasięgu naszego wzroku i słuchu, a także w umyśle, w duszy, gdzieś głęboko w nas, lecz jesteśmy jedynie świadkami, jedynie pośrednikami...?
W minionych dniach pożegnałem najbliższą osobę. Wydarzenie to odcisnęło swe piętno na wszystkich przedsięwzięciach. Zamykając „Recogito 50” i pisząc po raz ostatni swoje słowa w miejscu, które przez lata oznaczało realną pomoc, chciałbym wyrazić swoją wdzięczność – Bogu i swojej zmarłej Mamie – za wieloletnie, wyjątkowe wsparcie. Licznym zaś osobom, które wyrażały swoje współczucie i w różnoraki sposób  wspomagały w trudnym czasie – z całego serca dziękuję.

Marek Wittbrot

Brema, 18 czerwca 2008 roku
Carl-Severing-Straße

 

Od redakcji:
Z przyczyn od nas niezależnych musieliśmy – podobnie jak było z poprzednimi numerami „Recogito” – czasowo przekształcić nasze pismo z dwumiesięcznika w kwartalnik.
 

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@lycos.de

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga