Spis treści


EDYTORIAL

Nowy, 2009 rok przyniósł kolejną żałobną wiadomość. 3 stycznia, w swoim poznańskim mieszkaniu, zmarł Wincenty Różański. Był znany i lubiany w swoim środowisku. Ale też nigdy o żadne względy nie zabiegał. Przez lata żył bardziej niż skromnie. Pozostawił po sobie wiele wierszy. Krążyły o nim legendy. Chętnie opowiadano o jego przyjaźni z Edwardem Stachurą. Autor „Całej jaskrawości” i „Ballady dla Potęgowej” uczynił go jednym z bohaterów swoich utworów. Ze spotkań z Witkiem – tak zwykło się o nim mówić i myśleć – szczególnie pozostały mi w pamięci: jego bezpośredniość, prostota, wrażliwość na słowo, głód przyjaźni, nieobojętność, wdzięczność za najmniejszy nawet, najdrobniejszy gest, wyraz życzliwości. Czasami można było odnieść wrażenie, że zupełnie się nie przywiązuje do rzeczy tego świata. Ale wszystko, co miało dla niego jakąś wartość, co płynęło, a raczej, co było dawane z serca, traktował niemal jak relikwię.
Znajomość z nim zawdzięczałem osobie, która czasem zapraszała go do świątecznego stołu, a gdy nadchodziła wiosna albo poprawiała się pogoda, zabierała go do swego działkowego ogródka, aby mógł podziwiać: wzrastające, kołysane wiatrem, kwiaty, drzewa, chmury czy wzlatujące ptaki. Witek kochał ogrody. Kochał towarzystwo. Niekiedy jednak od niego uciekał. Wszędzie pozostawał sobą. Chłonął: aury, klimaty, zapachy, promienie wędrujące wprost z duszy do duszy. I wcale nie zachowywał się – co chętnie mu przypisywano – jak wieczne dziecko, jak bujający w obłokach, wolny od codziennych trosk, zagubiony w swoich wyobrażeniach marzyciel. Patrzył – na ludzi i rzeczy – jak dojrzały człowiek. A że widział więcej, odczuwał bardziej, przeżywał intensywniej chwile i zdarzenia, różnego rodzaju spotkania, a niekiedy i zderzenia z obcym dla każdego światem, czyż to miałoby świadczyć o jego nieprzystosowaniu czy wyobcowaniu?
„Życie – to jest ciągła walka: o przetrwanie, o zdobywanie zaufania, o miłość, o własne imię i o dawanie ludziom serca” – zwierzał się przed kolegami po piórze. Wcześniej wyznał, że urodził się „pod gwiazdą cierpienia”, że jego życie to „pasmo udręczeń”, że w życiu miał „więcej przykrości niż przyjemności”. Z wyznań i zwierzeń powstała książka. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy i, zarazem, ostatni w domu przy ulicy Ostrobramskiej, właśnie ukazała się mini-księga rozmów „Któż to opisze, któż to uciszy”. Później były spotkania w różnych poznańskich, literackich przybytkach i – przesyłane pocztą – nowe tomiki i wiersze. Poezja dla Witka – czego dowodziły jego listy – zawsze pozostawała na pierwszym miejscu.
Gdy jego już nie ma, chyba tym częściej, tym bardziej warto pamiętać o tych ogrodach, o tych zapachach, o tych uczuciach i odczuciach, których – albo nie umiemy nazwać, albo się boimy, albo się wstydzimy, wypieramy jak Piotr Apostoł, jak Mikołaj Kopernik czy jeden z największych współczesnych poetów, który dopiero na łożu śmierci odważył się, sam przed sobą, przyznać do swoich uczuć. Dusza czy serce i tak mówi często co innego niż byśmy chcieli – i nie chce, i nie potrafi zawsze nas słuchać. Tylko nietypowy outsider, tylko tacy jak Witek, jemu podobni i tacy, którym na niczym, a jednocześnie, na wszystkim zależy, mają odwagę bez udawania, bezinteresownie i bez żadnych ukrytych, niejasnych intencji mówić: o sobie, o swoim, otaczającym ich i nas świecie, o tym, co w nim najistotniejsze. 
Przebywając na dworcu, na którym tyle razy przypominałem sobie strofy „Köln, am Hof”; oczekując na pociąg, jak wiele razy wcześniej, w radości i smutku; a teraz – jakby na pożegnanie wielu lat i spotkań – wspominając Witka, wziąłem do rąk książkę, którą na kolońskim dworcu wreszcie udało mi się zakupić. „Któregoś dnia, gdyby to było możliwe, proszę napisać do mnie kilka zdań. Jeżeli nie, i tak będzie jasne, że jesteśmy blisko. Rozumiem i respektować będę Pani milczenie” – czytamy w ostatnim liście żony Paula Celana do Ingeborg Bachmann. Gisèle de Lestrange pisała swój list niecałe dwa lata po tragicznej śmierci męża i prawie tyle samo czasu przed tragiczną śmiercią autorki „Maliny”. Długie lata borykała się z losem, który ofiarował jej i niebo, i piekło. Niejednokrotnie przeżywała chwile zwątpienia. Walczyła o uczucia. Próbowała, usiłowała zrozumieć swojego męża. Nieraz bardzo cierpiała. Nie zawsze była w stanie zaradzić trudnym problemom. Ale mimo licznych, tragicznych wstrząsów mężnie przeciwstawiała się kolejnym wyzwaniom. 
Herzzeit, czyli pora serca. Od tego sformułowania rozpoczął swój koloński wiersz Celan. I tak zatytułowali wydawcy tom korespondencji, w której znalazły się nie tylko listy poety z Czerniowców i poetki z Klagenfurtu. Poeta miał rację, że kiedy wybija ostatnia godzina, wtedy bardziej – niż czymkolwiek innym – nabrzmiewa wszystko ciszą, która jest jak niemy krzyk. Przemawia ona a jednocześnie milczy, tonie i płonie, pochłania nas całkowicie, pojawia się i ginie, jest w głębi i na szczycie, najbliżej tego, co dla nas święte, najświętsze – mimo że wydarte nam z duszy, skazane na wygnanie albo przeznaczone na zatracenie.
Myśląc o poecie z Mosiny i o tylu innych, którzy niedawno odeszli, jak też o bliskich, których wkrótce zabraknie, chciałbym zachęcić, byśmy nie zapominali – tych, bez których życie każdego z nas staje się lub stało się znacznie uboższe. A jednak, paradoksalnie, są i – jeśli nie od razu, jeśli nie jutro ani pojutrze, to w najbardziej nieoczekiwanym momencie – pojawią się! W milczeniu! Wbrew ciszy, która nas otacza, która wiele przypomina, która coś nam mówi albo niczego więcej od nas już nie chce.

Marek Wittbrot


Kolonia, 13 stycznia 2009 roku
Hauptbahnhof

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga