Spis treści


EDYTORIAL

Dokonując podboju Grecji początkowo Rzymianie oszczędzali Ateny i Spartę; wyłącznie po to, żeby wywołać – z jednej strony – zazdrość i nienawiść, z drugiej zaś – butę i pewność siebie, a w rezultacie, żeby doprowadzić do rozłamu i, w dalszej kolejności, do podboju, do dominacji, do nieograniczonego panowania. Metody zastosowane przez starożytnych najeźdźców nie były nowe. Spotykamy się z nimi również w nowożytności. W XX wieku zostały one wykorzystane na niespotykaną dotychczas skalę. Były i są stosowane – jak zauważył pisząc swoją „Socjologię” Georg Simmel – tak w międzynarodowych konfliktach jak i w zwykłych ulicznych bójkach. Zasady postępowania są zawsze podobne: zaczyna się od gnębienia najsłabszych a kończy na, często diabolicznej, potrzebie bycia najpotężniejszym.
Chcąc zrozumieć poszczególne zjawiska, niemiecki socjolog poszukiwał mechanizmów ogólnych, które pozwoliłyby wyjaśnić, co skąd się bierze. Pochodzący z Berlina uczony mówił o prawidłowościach, a raczej o specyficznych potrzebach, jakich urzeczywistnieniu służy zasada divide et impera. Zwykle – jego zdaniem – zaczyna się od wyznaczenia pola wpływów. Potem przychodzą: różnego typu nakazy i zakazy, wywoływane celowo antagonizmy, podsycane konflikty, stworzenie bezosobowej wyższej instancji, wreszcie pozbywanie się osób niewygodnych, krytycznych wobec „czystych”, przywłaszczonych sobie albo a priori uznawanych za nowatorskie idei. Początki najczęściej bywają bardzo niewinne, a efekty – nierzadko katastroficzne. Gdy chcemy sytuację odwrócić: im potężniejsza destrukcyjna siła, im większe zniszczenia, tym dłuższy i trudniejszy jest okres „rekonwalescencji”; również czas „rekonstrukcji”, odbudowy wartości. 
Na początku 1989 roku polski prozaik i publicysta, Piotr Wojciechowski, w swoim „Peryskopie optymisty”, publikowanym w gdańskim miesięczniku „Autograf”, pokusił się o prognozę, o wyjawienie swoich życzeń na przyszłość. Autor „Czaszki w czaszce” miał nadzieję, że granice, waluty, systemy gospodarcze i polityczne nie będą dzielić Europejczyków. Marzył o tym, żeby wszelkiego typu nacjonalizmy i terroryzmy – albański, baskijski, irlandzki czy korsykański – stały się anachronizmem. Pragnął żyć w takim kraju, w którym cały aparat administarcyjno-państwowy po prostu świadczy usługi dla ludności. Czekał na prawdziwe zjednoczenie Starego Kontynentu i – można by rzec – wybudowanie mostów nad wszelkiego typu przepaściami. Nie chodziło przy tym o bezmyślne, brutalne zniwelowanie różnic, lecz o stopniowe przezwyciężanie antagonizmów, o zlikwidowanie niesprawiedliwych podziałów, o pokojowe współistnienie i odrodzenie narodów i ludzi, a nade wszystko o zbliżenie kultur.
Tekst powstały tuż przed polskim Okrągłym Stołem i przed przemianami na Węgrzech, również przed czeską Aksamitną Rewolucją jak i przed Upadkiem Muru berlińskiego, był odważnym spojrzeniem, a jednocześnie zdroworozsądkową kalkulacją. Wiele z życzeń się spełniło. Polska i Europa – mimo rozległego, postimperialnego dziedzictwa – są już inne, częstokroć niepodobne do samych siebie sprzed lat. W sferze gospodarczej i politycznej pozostało właściwie niewiele z tego, co tworzyło wschodnioeuropejską codzienność przed polskimi wyborami 4 czerwca 1989 roku i przed zburzeniem muru, który dzielił nie tylko Berlin, lecz Niemcy i cały europejski kontynent. Poglądy, nawyki czy obyczaje zmieniają się bardzo wolno. Łatwiej wybudować fabrykę albo handlowe centrum, a nawet nowe miasto niż zmienić mentalność, nauczyć wolności w myśleniu i działaniu, wdrożyć określone praktyki.
Dla każdego, kto przeżył chociażby kilka lat w kraju „demokracji ludowej”, kto jest świadomy, jakie zostały dokonane zmiany, jak dalece przeobraziły się – głównie w Europie Środkowej i Wschodniej – całe regiony i miasta, temu raczej nie trzeba przypominać jak naprawdę było. Do rzekomej wyższości ustrojowej realnego socjalizmu trudno byłoby dzisiaj kogokolwiek przekonać. Upadły system okazał się nie tylko utopijną mrzonką, lecz formą zniewolenia ludzi i narodów. 
Niewątpliwie liczy się wszystko to, co udało się osiągnąć – za cenę ogromnych ofiar jak i przyjętych dobrowolnie wyrzeczeń – lecz nie wolno zapominać, że koszty transformacji, związane z nią społeczne wolty i różnego typu kryzysy, to również spuścizna po wieku totalitarnych ideologii. Zapewne nieco inaczej patrzy na przemiany społeczne i ustrojowe – zapoczątkowane rozpadem jałtańskiego „porządku” – ktoś zza dawnej żelaznej kurtyny, inaczej zaś obywatel „wolnego świata”. Na razie za wcześnie, żeby odpowiedzieć, jaką naukę i Zachód, i Wschód wyciągnął z historii. Ale na pewno warto rozważyć, co udało się ocalić i, dla siebie i innych, z pożytkiem wykorzystać, a co trzeba jeszcze uczynić, żeby nie powróciły „demony przeszłości”, żeby Europa – jak chciał Robert Schuman – była gwarantem dobrobytu, bezpieczeństwa i pokoju nie tylko częściowo, nie tylko dla wybranych.
Idealna sytuacja zdarza się tylko w bajkach... albo w systemach, w których ma prawo istnieć wyłącznie jedna, obowiązująca prawda, jedna wykładnia, tylko jeden, narzucony, a więc pozorny wybór. Były i będą takie kraje i tacy ludzie, dla których wolność oznacza zagrożenie, jest reglamentowanym luksusem, przywilejem garstki uprzywilejowanych. Pewnie nigdy nie da się spełnić wszystkich szlachetnych ludzkich pragnień ani sprawić, że wszędzie, w każdym zakądku globu, zakróluje pokój i sprawiedliwość. Nie znaczy to jednak, że należy się z takim stanem rzeczy godzić i trwać – jeśli komuś się udało doczekać wolności – w dobrobycie, w obojętności, we względnej równowadze. 
„Człowiek jest istotą łączącą, która zawsze musi rozdzielać, aby móc łączyć – toteż gołe, neutralne istnienie dwóch brzegów musimy najpierw duchowo ująć jako rozdział, aby połączyć je mostem. Człowiek jest też istotą, która potrzebuje granic i nieustannie je przekracza. Domostwo zamknięte drzwiami oznacza wprawdzie, że z nieprzerwanej jedności naturalnego bytu człowiek wydziela kawałek dla siebie. Ale nieforemna nieskończoność bytu przybiera kształt dopiero dzięki ludzkiej zdolności ograniczania i podobnie granice, jakie sobie człowiek zakreśla, zyskują sens i godność dopiero dzięki temu, co unaocznia ruchomość dzrzwi: dzięki temu, że człowiek w każdej chwili może z tego ograniczenia wyjść na wolność” – pisał, kończąc swój esej „Most i drzwi”, Georg Simmel.
Burzenie mostów i zamykanie, nie własnych, lecz cudzych drzwi, zmuszanie do przekraczania granic, których raczej się nie przekracza i, jednocześnie, tworzenie sztucznych barier, budowanie murów tam, gdzie powinny znajdować się bramy albo drzwi – to więcej niż gwałcenie ludzkiej godności, odbieranie innym prawa do samostanowienia. Każda forma przemocy jest zarazem dowodem słabości i – żadna imperialna, globalna czy lokalna potęga nie jest w stanie nic uczynić dla człowieka i świata, jeśli kierować się będzie niskimi pobudkami. Ludzie ograniczeni i krótkowzroczni, nierzadko zamknięci w swoim hermetycznym, niedostępnym dla większości świecie, zawsze będą potrzebować nieprzyjaciół; zawsze muszą mieć wrogów, tropić muszą zło i zwalczać rzekome zagrożenia, gardząc przy tym zwykłymi problemami i ludzkimi marzeniami. Budowniczowie mostów, konstruktorzy porozumień, ojcowie (nie tylko europejskiego!) zjednoczenia, prawdziwi wizjonerzy i giganci ducha – szukają tego, co łączy, zbliża, wzmacnia, otwiera na siebie nawzajem i na wszystko, co wokół, a nawet na sprawy odległe, na rzeczy z pozoru niedostępne, na nieograniczone, nieskończone wręcz myśli i pragnienia.

Marek Wittbrot

Monachium, 9 listopada 2009 roku
Hauptbahnhof

 

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga