Spis treści


EDYTORIAL

Sny o potędze, o realnym wpływie na bieg wydarzeń – są zwykłą, niemal powszechną, przyrodzoną człowiekowi przypadłością. Do tego, aby osiągnąć znaczący sukces, dąży – jak się zdaje – niemało osób. Marzą o tym nie tylko wpływowi politycy, bohaterowie mediów i internetowych portali, generałowie czy sportowcy. Każdy chce być jakoś spełniony. A nawet – jeśli komuś nie zależy na zaszczytach – dla każdego ważne jest, żeby być skutecznym, efektywnym, zdolnym do podejmowania egzystencjalnych wyzwań. Co zatem oznacza moc z nieba, moc Boga czy bycie mocnym w wierze, o czym w różnych tekstach biblijnych tak często jest mowa? I dlaczego pojawia się nieraz przemożna potrzeba, żeby nie tyle być silnym wiarą, co w całkiem inny sposób? 
Św. Paweł w Liście do Filipian skarżył się, że nawet ci, którzy powinni być świadkami Chrystusa, zabiegają w pierwszej kolejności o przyziemne sprawy. „Ich losem [będzie] zagłada, ich bogiem [stał się] brzuch, a chwała – w tym, czego winni się wstydzić” – mówił z płaczem. I ostrzegał, że przed pokusą zawierzenia środkom czy metodom, które bardziej przypominają akcje propagandowe niż naśladowanie Jezusa Chrystusa.
Benedykt XVI w swoim liście na Rok Kapłański A.D. 2010 pisał o nowym stylu, którego znamionuje „zdolność do głębszego życia duchowego”, „głębia miłości” i „piękno możliwości życia zjednoczonego z Bogiem”. Według obecnego Biskupa Rzymu mamy dość przykładów, z których warto korzystać. Wystarczyłoby wspomnieć takich „siłaczy” jak św. Jan Maria Vianney, Jan XXIII, Paweł VI czy Jan Paweł II. Mnie – jeśli o duchowych mocarzach mowa – często przypomina się postać i słowa ks. Michała Kordeckiego. Rzeźbiarz, który postanowił wybrać nietypowe powołanie; kapłan, któremu nie wystarczało bycie księdzem, powtarzał często: „dęby chwiać się będą, a ty masz stać”. Niegdyś siostrom, które – jak mu się początkowo zdało – zbytnio uwierzyły w swoje poświęcenie, swoją ofiarę, najpierw powiedział mocno „do słuchu”, że świat, chociaż z niego zrezygnowały, nic na tym nie stracił; co najwyżej uchronił się przed ich głupotą. Przez wiele lat jednak – niezwykle gorliwie zajmując się wieloma żeńskimi zgromadzeniami – dawał niezłomny przykład, co znaczy opowiedzenie się po stronie Chrystusa. Nie musiał powtarzać: „Będę szukał oblicza Twego, Panie”. Każdy, kto go widział i słuchał, kto choć przez krótki czas mógł z nim przebywać pod jednym dachem, nie musiał szukać dowodów: dobroci, pobożności, szlachetności czy wewnętrznej dojrzałości. Mimo tego „[...] wiele ludzi na mnie biednego narzeka, a ja nie wiem, czy się nie wścieka” – pisał z pokorą do jednej z sióstr na niecałe dwa i pół roku przed swoją śmiercią. Był świadomy, że również w najbliższym otoczeniu nie brakuje takich, którzy uważają, iż „sieje kąkol” i „rozwala Kościół”, a może nawet jest jakimś satanistą. Mimo poważnych nieraz kłopotów, nie uląkł się, nie bał się mówić o Jezusie, o prawdziwym Mesjaszu, a nie o tym, wymyślonym, dostosowywanym do bieżącej koniunktury. Nigdy nie patrzył – także na kościelną rzeczywistość – przez różowe okulary. Ale też nigdy się nie wywyższał. Na największych grzeszników – jak wyczytać łatwo z jego listów – patrzył i ze smutkiem, i z wielką miłością; nigdy z nienawiścią, pogardą, poczuciem wyższości. 
Niezwykły sen, o jakim czytamy w Księdze Rodzaju, jaki się przydarzył Abramowi (który miał się stać Abrahamem), oraz towarzyszące mu „uczucie lęku, jak gdyby ogarnęła go [całego] wielka ciemność” – to był dopiero początek znaków. Ale – jak się miało z czasem okazać i czego dowodzą dzieje narodu wybranego, a później Ewangelie czy Dzieje Apostolskie – nie był to sen o takiej potędze, jak większość sobie ją wyobrażała. Podobnie było wtedy, kiedy po śnie, jaki zmorzył Piotra i towarzyszy, ukazał się Jezus w obłoku oraz Mojżesz i Eliasz. Apostołowie – jak zapisał św. Łukasz – „zachowali milczenie”. Tym, co zobaczyli, długo byli bardzo przejęci i „nikomu nic nie oznajmili o tym, co widzieli”. A przecież – jak pamiętamy – usłyszeli głos wprost z nieba. Bóg objawił się w Swej chwale i wskazał na Swojego Syna, którego polecił słuchać.
Łatwiej zabiegać o ludzkie względy, znacznie łatwiej dostąpić ludzkiej chwały niż – jak pokazuje życie – okazać się mocnym w wierze, silnym duchem, zdolnym do wielkich ofiar. Ewangelia uczy nas, a Ojciec Święty w roku kapłańskim zachęca wszystkich, aby wypłynąć na głębię, nie traktować swego powołania (nie zapominając o kapłaństwie wiernych!) czysto utylitarnie. 
Jeden z największych XX-wiecznych teologów, Hans Urs von Balthasar – powołując się na Hopkinsa i Claudela – przekonywał, że „proste, kosmiczne doświadczenie Boga” tkwi w każdym chrześcijaninie. „Żadne oko – wyjaśniał – podążając ku linii horyzontu nie jest w stanie przejrzeć go do końca. Jednak jest ktoś, kto zna wszystkie linie, wszystkie losy, kto miłując idzie za nami, kto odzyskuje nas jako «druh pierwszy, wierny i jedyny»: to w nim miotany próżnością ludzki świat jest ukryty, uchwycony, prowadzony do domu i podźwignięty”.
Na Święta Zmartwychwstania Pańskiego życzymy wszystkim naszym Drogim Czytelnikom - Bożego podźwignięcia, Bożego wsparcia.

Marek Wittbrot
redaktor

 

wittbrot

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga