Spis treści


EDYTORIAL

10 kwietnia 2010 roku cała Polska, niemal jak po śmierci Jana Pawła II, która przypadła w wigilię Niedzieli Miłosierdzia, na wiele dni pogrążyła się w żałobie. Nie było zakątka w kraju nad Wisłą, w którym nie dałoby się odczuć, że wydarzyło się coś, co nie jest ani nie pozostanie na długo obojętne. Mimo że w takich momentach brak słów, mimo że wielu osobom nawet modlitwa wydawała się niewielkim pocieszeniem, nie brakowało ludzi spontanicznie jednoczących się w narodowych gorzkich żalach. Jednoczyli się z nadzieją, że razem łatwiej będzie pokonać „żałość [która] serce ściska” i opanować myśli, które „udręczenia większego dodają”.
Katastrofa, do jakiej doszło w kwietniowy, mglisty poranek, nie miała precedensu, nie tylko w polskiej, ale i w nowożytnej historii Europy i świata. Zginął polski prezydent, jego małżonka, jego najbliżsi współpracownicy, najwyżsi rangą urzędnicy państwowi, wielu czołowych przedstawicieli życia publicznego i wiele osób zasłużonych dla kraju i swoich formacji politycznych i społecznych. Lista ofiar to nazwiska i imiona 96. osób, ale liczba tych, którzy zostali dotknięci kwietniową katastrofą, jest znacznie dłuższa. I nie da się jej – ani do końca ogarnąć, ani wyczerpująco wyjaśnić.
„Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień – spod ziemi / Martwej – wyciąga gałęzie bzu, miesza / Wspomnienie z pożądaniem, niepokoi / Wiosennym deszczem zdrętwiałe korzenie” – pisał T. S. Eliot w swojej „Ziemi jałowej”. Kwiecień dla Polaków był w ostatnich latach okazją, żeby przypominać tych, których pochłonęła nieludzka ziemia. Mieli być zapomniani. Przez dziesięciolecia nie wolno było mówić o ich losie, o wydanym z pogwałceniem wszelkich konwencji wyroku śmierci. 
Katyń nie był – co może brzmi dziwnie, bo trudno mierzyć ból i cierpienie – największą i, jeśli o liczbę ofiar chodzi, najokrutniejszą zbrodnią XX wieku. Był jednak zbrodnią odrażającą. Był nie tylko dowodem, do czego może się posunąć każdy zbrodniczy system. Obnażał słabość tych, którzy wybrali milczenie prawdy, a nie prawdę milczenia, którzy woleli zagłuszać bezgłośny krzyk ofiar. Obnażył również zwycięzców, ich rzekomą potęgę, ich pozorny humanizm i humanitaryzm, ich wartości, ich wiarę, ich przywiązanie do idei patetycznie wypisywanych na wielu sztandarach. 
Tragedia, do jakiej doszło niedaleko Katynia, nie była największą lotniczą katastrofą w historii. W żadnej jednak katastrofie żaden inny kraj nie starcił w jednej chwili – i głowy swojego państwa, i najwyższego wojskowego dowództwa, i najwyższych przedstawicieli wszystkich liczących się ugrupowań politycznych, również przedstawicieli różnych Kościołów. Razem zginęli ci – o czym, ze względu na swój narodowy charakter, Polacy szczególnie powinni pamiętać – którzy często sami nie umieli się ze sobą pogodzić. Po katastrofie pod Smoleńskiem licytowanie się, kto więcej stracił, kto bardziej ucierpiał, a tym bardziej przekładanie tego na jakiekolwiek polityczne, ideologiczne czy „religijne” interesy, byłoby kolejnym, nie pierwszym w polskiej historii zmarnowaniem wielkiej narodowej ofiary.
Nieodżałowanej pamięci ks. Józef Tischner, pomny polskich doświadczeń, mówił często o schorowanej polskiej duszy i braku rozumu politycznego. Patos, bicie w narodowe bębny, cierpiętnictwo i wszelkie mesjanistyczne uroszczenia – mimo świadomości rozmiaru narodowych nieszczęść – były mu zupełnie obce. „Zadanie myśliciela polega na właściwym odczytaniu znaków czasu i wskazaniu znaczenia chwili obecnej dla jutra” – pisał w książce „Polska jest Ojczyzną”, wydanej przez paryskie Editions du Dialogue w 1985 roku. I przestrzegał przed lekceważeniem „zniewalających oczywistości”. Wnikając w tajemnicę polskiego dramatu – a w jej zrozumieniu byli mu bardzo pomocni i Cyprian Norwid, i s. Faustyna Kowalska, i Jan Paweł II – tłumaczył, że Polacy, walcząc o swoją tożsamość i istnienie, musieli bronić nadziei. Nie powinni jednak zapominać, że upadek, jak każe upokorzenie, rodzi rozpacz, rozpacz prowadzi do choroby wyobraźni, a chora wyobraźnia – jak każdy zawikłany, złożony ludzki dramat – rodzi poprzętrącanych, pokaleczonych wewnętrznie ludzi. „Modlą się, ale to nie wiara tworzy ich modlitwy, lecz chora od bólu wyobraźnia” – wyjaśniał i apelował o rozsądek, o umiar, o powściągliwość i równowagę; a w konsekwencji o polityczną, społeczną i religijną dojrzałość. 
„Zarozumiałość ich pocieszy, hardość się uda za odwagę, za filozofię stanie cynizm, a wyobraźnia schorowana religii postać weźmie na się” – pisał Norwid w liście do generała Jana Skrzyneckiego. Ksiądz Tischner, przypominając Norwidowskie przestrogi, przestrzegał przed pokusą ucieczki: w cynizm, w hardość, w zarozumiałość, wreszcie w religię, w taką religijność, która zamiast jednoczyć, zbliżać narody i ludzi, dzieli, manipuluje zbiorowymi emocjami. Każdy wstrząs pozostawia po sobie złamanych ludzi, ale mimo wszystko nie wolno – chociażby w imię nadziei, jaką daje nam Chrystus – stać się ani człowiekiem klęski, ani człowiekiem zemsty. Zawsze w sytuacji trudnej najpierw trzeba – według zmarłego w 2000 roku filozofa i kapłana – zająć się budowaniem nadziei. Tworzywem jutra, prawdziwą drogą ku wyzwoleniu może być tylko: prawda, która się nie narzuca, nie wymusza niczego na siłę, praca, która jest tworzeniem, również lepszych warunków bytowania, wreszcie godność, która – nawet wobec ludzkiego upodlenia i poniżenia – miłość stawia przed nienawiścią, ofiarę przed pogardą, pomoc przed przemocą, wolny wybór przed zniewoleniem. Błędów wspólnoty, ludzkich braków, niedostatków rozumu i serca nie należy tłumaczyć zrządzeniem losu. Bazowanie na spiskach, lęku i strachu – to równie niebezpieczny rodzaj zniewolenia, co życie bez wolności, bez prawdy, bez prawdziwej solidarności. 
„Czasy długoletniego zniewolenia wycisnęły głęboki ślad na polskiej religijności. Pozostawiły po sobie nieznane bliżej kompleksy i resentymenty. To stwarza szczególne problemy. Chodzi dziś nie tyle o obronę tej czy innej «prawdy wiary», lecz wprost o odsłonięcie autentyzmu wiary. Wciąż, przyglądając się «mapie» polskiej wiary, towarzyszy nam wrażenie, że obracamy się w oparach jakichś podróbek i doświadczeń zastępczych” – pisał pod koniec swojego życia w „Drogach i bezdrożach miłosierdzia”. Jednocześnie ksiądz Tischner podkreślał, że trzeba, jeśli o polską wiarę chodzi, wyjść z „politycznych opłotków”, przestać dreptać w kółko, przestać własne uczucia i sentymenty wkładać w „usta Kościoła” czy w usta drugiego, tak wierzącego jak i niewierzącego, człowieka. 
Nieszczęście i cierpienie – warto powtórzyć idąc śladem różnych rozważań księdza Tischnera – tylko wtedy staje się owocne, jeśli przestaje być naszą własnością, jeśli staje się darem, jeśli staje się prawdziwą ofiarą. Nie może być osią, wokół której krąży nasza wyobraźnia. Nie jest i nigdy nie było celem ani istotą religijnego wtajemniczenia. Chrystus niczego absolutnie nie musiał, lecz „najpierw chciał, a następnie musiał wedle tego, jak chciał”. I nie pozostał w ciemnościach, a już po swoim zmartwychwstaniu nikomu na siłę niczego nie tłumaczył. Pozwolił każdemu wybierać.
Nieszczęściem byłoby zatrzymać się na domysłach, spekulacjach, a tym bardziej insynuacjach czy spiskowych teoriach. I bez nich wiadomo, że katastrofa pod Smoleńskiem nie musiała się wydarzyć... Ale nikt nie odwróci faktów, nie przywróci życia. Nie będziemy też do końca wiedzieć, co kto, w ostatnich sekundach swojego życia, myślał i co chciałby zatrzymać dla siebie, a co pragnąłby przekazać potomnym. Dodatkowym nieszczęściem byłoby zatrzymanie się na nieszczęściu... Nie znaczy to, że nic się nie stało, że nikt w niczym nie zawinił, że nikt nikomu nigdy źle nie życzył, że wszyscy mieli i mają jak najlepsze intencje i pragnienia... Znaczy to, że: można i trzeba mieć litość, można i trzeba współczuć, można i trzeba pamiętać o tym, co się stało 10 kwietnia 2010 roku, ale nie trzeba i nie warto: litość, współczucie, najgłębsze uczucia, najgłębszy żal i wszystko to, co połączyło miliony, zamienić w zarozumiałość, hardość, a tym bardziej – cynizm czy religijny eskapizm.

Marek Wittbrot

Paryż, 25 kwietnia 2010 roku

 

wittbrot

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga