Spis treści


EDYTORIAL

Przed laty, rozmyślając nad gene pool, czyli cechami genetycznymi dominującymi w danej populacji, autor „Rytmu życia” pisał również o polskim charakterze narodowym. Mimo, że był świadomy, iż są rzeczy, których nie da się z punktu widzenia biologii czy pokrewnych nauk udowodnić, odważył się mówić o „pewnej niedojrzałości psychicznej”, jaką obarczona jest nacja, z którą sam się utożsamiał.
Antoni Kępiński – jeden z największych XX-wiecznych psychiatrów, a zarazem humanista i filozof – dostrzegał problem w słabości przeciętnego polskiego self-concept. Stwierdzał, że polskie społeczeństwo charakteryzuje się „przewagą cech histerycznych i psychastenicznych”. Pośród polskich cech histerycznych wyróżnił „chęć imponowania otoczeniu, efekciarstwo bez poczucia obowiązku”, a także „fantazję graniczącą z pseudologia phantastica, uczucia burzliwe, choć płytkie, łatwo i szybko przechodzące z jednej skrajności w drugą”. Wśród cech psychastenicznych zwrócił szczególną uwagę na polską pracowitość i obowiązkowość, przeważnie połączoną z zaniżoną samooceną i lękiem przed wychodzeniem przed „szereg”.
Były to dla Kępińskiego współistniejące w polskim pejzażu społecznokulturowym i dopełniające się, przeciwstawne grupy. Specjaliści od sejmikowania i brylowania to na ogół histerycy, którzy – żeby błyszczeć i się pokazać – nie pogardzą żadną okazją do zwady czy fanfaronady. Równie silnie reprezentowani, cisi i niby nie szkodzący nikomu, obowiązkowi polscy psychastenicy, to zazwyczaj – jego zdaniem – ludzie gotowi do największych poświęceń, jak i do samozatracenia. 
Można wierzyć lub nie w obserwacje poczynione wiele lat temu, w zupełnie innej, bo powojennej polskiej rzeczywistości. Ale patrząc na to – przynajmniej z nieco dalszej perspektywy – co działo się między Odrą i Bugiem po katastrofie smoleńskiej, jak i śledząc batalię o krzyż, umieszczony spontanicznie w dniach żałoby narodowej przed pałacem prezydenckim na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, trudno lekceważyć tego typu diagnozy. Zwłaszcza, gdy pochodzą od takich patriotów i myślicieli, do jakich należał autor „Lęku”, „Melancholii”, „Refleksji oświęcimskich” czy „Rytmu życia”. 
Ponad sześćset lat temu Stanisław ze Skarbimierza, pierwszy rektor odnowionego Uniwersyetu Jagiellońskiego, w jednej ze swoich mów apelował: „Jeśli tedy są między wami skryte podziały i stronnictwa, jeśli kieruje wami prywata lub skłonność do waśni, niech to wszystko weźmie w karby zgodna jedność”. Albowiem tylko taka postawa może zapewnić bezpieczeństwo, pomyślność i dobrobyt. „W przeciwnym razie natomiast – przestrzegał – ani Bóg nie przyjmie waszej ofiary, ani wrogowie nie ulękną się waszej siły, choćby największej”. Uważał, że królestwo, które dopiero zaczęło rosnąć w siłę, Rzeczypospolita Obojga Narodów, może i powinno dalej się rozwijać, a wtedy zadziwi świat swoją dalekowzrocznością i mądrością. Potrzeba jednak Polakom takich przymiotów jak: prudentia, iustitia, temporantia, virtus, ratio, lex, amor i timor. Jeśli zabraknie roztropności, sprawiedliwości, umiarkowania, poszanowania dla prawa i zasad, jeśli nie starczy rozumu, miłości i bojaźni względem Boga i bliźnich, na nic będą wszelkie wysiłki i zabiegi. 
Wzmiankowane gene pool to cechy, które zasadniczo nie podlegają nagłym przekształceniom. Istnieje – nie tylko zdaniem polskiego uczonego i lekarza – pewien zespół wspólnych, charakteryzujących daną populację uwarunkowań, które trzeba po prostu wziąć pod uwagę, których nie należy lekceważyć. Nie tyle chodzi o to, żeby wskazać „złe” albo „dobre” cechy i skonfrontować je z tym, co dobre albo złe u innych, lecz żeby – zachowując dystans tak wobec siebie jak i otoczenia, dostrzegając własne umiejętności i słabości – umieć kształtować: tak indywidualne jak i zbiorowe postawy czy zachowania. Chodzi o to, żeby – ujmując problem obrazowo – umieć wzmacniać te cechy czy skłonności, które tego wymagają, jak i powściągać, osłabiać – to, co bardziej destruktywne, niszczące, a nie budujące. Chodzi o to, aby – z rozmysłem, z rozwagą i z wyczuciem – wytwarzać potrzebę twórczego przekształcania: tak własnego „ja” jak i jeszcze bardziej skomplikowanej, społecznej tkanki.
Patrząc – z perspektywy sześciuset lat czy sześćdziesięciu lat – widzimy wiele punktów stycznych. Komentując „Refleksje oświęcimskie” Antoniego Kępińskiego, ks. Józef Tischner zauważył, że to, co samo w sobie zupełnie naturalne, zawsze jest narażone na patologię. Sedno problemu tkwi w tym, czy wybieramy drogę progresu, czy regresu, to znaczy, czy wysiłki nasze biegną od potrzeb niższych ku wyższym, czy też na odwrót.
W ludzką naturę jest wpisana potrzeba bezpieczeństwa, która łączy się z potrzebą ładu i harmonii. Kępiński – jak zauważył Tischner – wyróżniał: ład wymiany energii, ład zachowania gatunku oraz ład wymiany informacji. „Wymiana energii powołuje do istnienia wspólnotę siły: jednoczymy nasze siły, by razem podnieść wielki ciężar. Potrzeba zachowania gatunku rodzi wspólnoty rodzinne, rodowe, narodowe. Wymiana informacji daje wspólnotę dialogu – rozumienia świata i rozumienia innych. Wspólnota energetyczna jest wspólnotą najbardziej prymitywną, natomiast wspólnotą w pełni ludzką jest wspólnota dialogu” – pisał związany z Krakowem filozof nawiązując do refleksji pioniera badań związanych z wpływem różnorakich przeżyć na jednostkę i ludzkie zbiorowości.
Im mniej roszczeń albo – mówiąc inaczej – „metabolizmu energetycznego”, im bardziej jesteśmy nastawieni na dialog, a nie na konfrontację czy narzucanie swoich poglądów i zachowań, tym szybszy progres (albo vice versa). Tym większa szansa uwolnienia się od „choroby na władzę” i błędnego „przeświadczenia, że jedyną racją zachowania tożsamości jest siła i poczucie siły”. Poczucie – jak wielokrotnie pokazywała historia – które nawet wtedy, gdy jest poparte realną, znaczącą siłą, bywa niszczące i destabilizujące. Zamiast prowadzić do współistnienia, harmonijnego współżycia, prowadzi „do życia pod albo nad innymi”, tworząc panów i niewolników, a nie społeczeństwo obywatelskie czy – jeśli odwołać się do chrześcijańskich zasad – wspólnotę braci i sióstr.
Nieraz droga do tego, co najprostsze – do czegoś takiego, jak „zwyczajna ustabilizowana wspólnota” – przypomina „gest desperata” i wymaga dużych ofiar. Najlepszy przykład daje nam Ewangelia. Jezus bowiem – mimo że był Mesjaszem, mimo że oczekiwano od Niego przywrócenia dawnej potęgi państwu, w którym się urodził – nie chciał być zakładnikiem jakiejkolwiek ideologii ani zniewalać innych. Poddał się woli Ojca, lecz całkowicie dobrowolnie, czyniąc z narzędzia hańby narzędzie odkupienia i symbol pojednania.
Dzięki Chrystusowi krzyż stał się symbolem uniwersalnym, znakiem przemiany: tego, co niszczące – w budujące; wszelkiej negatywności – w pozytywność; bólu, cierpienia i śmierci – w życie w pełni. Krzyż to pojednanie przeciwieństw, symbol największej ofiary, ale też ładu, jedności, ludzkiej i ponadludzkiej siły, z której płynie największa, duchowa moc. Moc przemiany największego nawet zła w największe dobro. 
Kto myli krzyż z mieczem albo próbuje sobie krzyż przywłaszczyć, powinien najpierw zapytać siebie, w czyim naprawdę imieniu występuje, jakie i czyje „dobro” ma na względzie.

Marek Wittbrot
Paryż, 15 sierpnia 2010 roku

 

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga