Spis treści


EDYTORIAL

„Przyszłość wiary wymaga spotkania, a nie konfliktu, między wiarą a laickością” – przekonywał Benedykt XVI w trakcie swojej pielgrzymki po Hiszpanii, odnosząc się w ten sposób do – jak uznał – wzrostu antyklerykalnych nastrojów i działań w tym kraju. Znamienne to przesłanie. Tym bardziej, że niejednokrotnie, również wśród osób powołujących się na Ewangelię, można usłyszeć zachętę do walki, do odwetu, do tropienia wrogów.
Sianie nienawiści, paroksyzm strachu połączony zazwyczaj z chciwością, nawoływanie do oczyszczenia i pozbycia się inaczej myślących, „wiernych” czy „niewiernych”, to – jak wiele razy udowodniła historia – wstęp do działań, które powodowały wiele zniszczeń i cierpień, tak materialnych jak i moralnych. Przynosiły one nie tylko ujmę „obrońcom” takich czy innych zasad, ale były i są do dziś hańbą. Pozostają ciężką raną. I winą, której nie dało się wymazać, usunąć ze zbiorowej pamięci. Okrucieństwo i przemoc, rzekomo prowadzące do dobra, obracają się najczęściej przeciwko tym społecznościom, nacjom czy grupom religijnym, które chwytają za miecz. Korzystanie z wojennego oręża, próba szerzenia najszczytniejszych nawet ideałów przy pomocy brutalnej siły, a tym bardziej zabijanie w imię Boga, jest karykaturą wiary i religii. 
Ponad sto lat temu polski publicysta i krytyk literacki, Marian Zdziechowski, w tekście odnoszącym się do poglądów Lwa Tołstoja na temat chrześcijańskiego patriotyzmu, przywołał scenę z „Wojny i pokoju”. Ranny na polu bitwy pod Austerliz książę Bołkoński rozmyśla o bezsensie, marności militarnych wysiłków i, patrząc w „nieskończoność błękitnego nieba”, marzy o tym, o co naprawdę powinno się zabiegać. A chodziło o „możliwość jednoczenia się ludzi na duchowych wyżynach”, a nie o prowadzenie walk, sporów, niszczących bitew i krwawych wojen, rzekomo w imię wyższych wartości.
Do duchowych wyżyn prowadzi długa, niepozbawiona wyrzeczeń droga. I nie jest ona wolna od zwątpień, przeciwności i niebezpieczeństw; wcale nie mniejszych od tych, jakie czyhają na zwykłego żołnierza. Przeciwnikiem jednak nie jest ktoś obcy, ktoś znajdujący się po drugiej stronie barykady, lecz własna interesowność, gnuśność, serwilizm, żądza panowania czy posiadania, chęć zaimponowania, udowodnienia swojej wyższości, swojej nieprzeciętności i siły.
Jezus w Kazaniu na Górze mówił jasno: błogosławieni ubodzy, cisi, czystego serca, pokój czyniący, sprawiedliwi i miłosierni, niezasłużenie cierpiący, prześladowani przez tych, którym się wydaje, że mają prawo poniżać i wynosić się ponad innych. Jezus mocno, w ostrych słowach też przestrzegał: opływających w dostatki, a zawsze nienasyconych, pełnych pychy, pogardy, obojętności wobec tych, których doświadczył zły los albo spotkało jakieś nieszczęście.
Przyszłość wiary, ludzkich wspólnot i grup społecznych, przyszłość Starego Kontynentu i Nowego Świata wymaga spotkania: między Północą i Południem, między różnymi wyznawcami Boga i niewierzącymi, między starą i nową cywilizacją, między pokoleniami; a także ponad uprzedzeniami, resentymentami, zawinionymi i niezawinionymi winami. Potrzebni – po każdej stronie – są ludzie dobrej woli. Potrzebne są szersze, od własnych, horyzonty. A nade wszystko niezbędna jest gotowość do kompromisu, uznania różnych dążeń, ambicji, racji i tradycji.
Każdy konflikt, każda wojna, każdy przejaw nienawiści działa w sumie na niekorzyść wszystkich. Zamykając się w najpotężniejszej nawet twierdzy nikt nie powstrzyma globalizujących procesów i zjawisk, które widoczne są dziś gołym okiem. Świat – jak się często słyszy – skurczył się. Ale wciąż nie każdy ma równy dostęp do naturalnych, intelektualnych czy kulturalnych zasobów, dorobku wielu nacji i pokoleń. Komu rzeczywiście zależy na przyszłości, musi mieć odwagę wyjścia naprzeciw; w pierwszej kolejności naprzeciw tym, z którymi żyje, dzieli swoje dole i niedole.
Duchowych wyżyn, jako ludzkość, nigdy nie osiągniemy, ale możemy, choćby nieznacznie, się do nich przybliżyć. Będziemy bliżej nich, im częściej, im łatwiej, im chętniej będziemy mogli i chcieli się spotykać – porozumiewać na różnych płaszczyznach – im większa będzie w nas gotowość do wyjścia poza własne przekonania i potrzeby. Alternatywa jest tylko jedna: wojna albo pokój; pokojowa koegzystencja albo zagłada znanego nam świata, rozstanie się z tymi wartościami, które pozwalają zachować nadzieję na współistnienie i w miarę harmonijny rozwój.
Sit in necessariis unitas, in dubiis libertas, in omnibus caritas” – zalecała soborowa konstytucja „Gaudium et Spes”. Warto do tej zasady wracać: w rzeczach koniecznych jedność, w wątpliwych – wolność, we wszystkich – miłość! Sobór, stawiając na wzajemny szacunek i zgodę, nawet w Kościele dopuszczał różnice i zachęcał do wymiany poglądów. Zachęcał nade wszystko do budowania lepszego świata: w dialogu, we współpracy, w szacunku dla religijno-kulturowych odmienności, w poszanowaniu praw mniejszości, w szukaniu przede wszystkim dobra, wykraczającego poza ideologiczne spory, partykularne interesy i doraźne zapotrzebowania.

Marek Wittbrot

Paryż, 2 lutego 2011 roku

 

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga