Spis treści


EDYTORIAL

„Nie można zupełnie uzależnić się od ducha czasów” – przekonywał przed laty jeden ze zmarłych niedawno, nielicznych enerdowskich opozycjonistów. Nadstawiać głowę, a właściwie ryzykować znacznie więcej niż własną reputację, mają odwagę nieliczni. Niewiele jest takich osób, bo tego typu uniezależnienie – o jakim mówił Ludwig Mehlhorn – niemało kosztuje. Z kolei konformizm, krótkowzroczność, kunktatorstwo nie plenią się wyłącznie tam, gdzie ludzie i całe społeczności zmuszane są do uległości, do życia w opresji, do ślepego posłuszeństwa. Siła argumentu – niestety – bardzo często ustępuje nie tylko argumentom siły. 
Wielcy, najwięksi oprawcy i ci – rzec by można – zwykli, powszedni, powołują się najczęściej na wyższe racje, najwyższe zasady i, oczywiście, dobro tych, których usiłują sobie podporządkować, zniewolić, a nawet zniszczyć. Zazwyczaj – jak ukazują chociażby przypadki upadłych niedawno północnoafrykańskich dyktatorów – dopiero po czasie widać, kto naprawdę opływał w liczne, nad miarę zmaterializowane dobra. Wiosna Ludów 1848, Jesień Narodów 1989, wolnościowe zrywy roku 2011 w krajach arabskich... nie byłyby konieczne, gdyby zawczasu pomyślano o zwykłej przyzwoitości, gdyby jakieś grupy czy społeczności nie ulegały pokusie bogacenia się cudzym kosztem, gdyby ciasno pojęty własny interes nie przeważył nad solidarnością, dążeniem do wspólnego dobra.
Beatyfikowany 1 maja 2011 roku papież Jan Paweł II udowodnił swoim życiem, że takie ideały nie muszą być utopią, próżną wiarą czy zwykłą naiwnością. W swojej młodości widział i wiedział, do czego zdolne są jednostki i całe narody. Żyjąc w kraju komunistycznym zdawał sobie sprawę, jak daleko można zajść w kłamstwie. Już jako Biskup Rzymu znalazł się na liście przeznaczonych do likwidacji; liście sporządzonej zapewne przez tych, którzy czuli się panami życia i śmierci, najpotężniejszymi włodarzami i właścicielami swoich poddanych. Miał zginąć z rąk płatnego zabójcy. Nie brakowało mu powodów, żeby wskazywać na „zło świata”, potępiać „ducha czasów”, wzbudzać lęk i straszyć nową apokalipsą, a nawet pochwalać przemoc i wszelkie formy odwetu. A jednak wybrał inną drogę.
W swoim testamencie, tworzonym w sumie od 1979 do 2000 roku, pisał o kataklizmach – w tym o grożącej przez lata atomowej zagładzie – o realnych niebezpieczeństwach, jakich dzięki Bożej Opatrzności udało się uniknąć. Wskazał na dziedzictwo Vaticanum II. Starał się „wdzięczną pamięcią” ogarnąć wszystkich, nie tylko bliskich i swoich wiernych, ale również „Braci chrześcijan-niekatolików” czy rabina, razem z którym zapoczątkował w roku 1986 nową epokę pomiędzy Ecclesia Universalis a Bejt Knesset. Wspomniał „przedstawicieli religii pozachrześcijańskich”, a także „przedstawicieli świata kultury, nauki, polityki, środków przekazu”. Nikogo nie chciał pominąć. 
Ponad dwudziestosześcioletni pontyfikat przełomu XX i XXI wieku stał się widzialnym znakiem, że możliwa jest nie tylko pokojowa koegzystencja – wielu narodów i ludzi różnych wyznań – ale i współdziałanie, dochodzenie do wspólnych ideałów. 104 zagraniczne pielgrzymki, 94 podróże apostolskie na terenie Włoch, tysiące nierutynowych spotkań i specjalnych audiencji w Wiecznym Mieście, otwartość na każdego, gotowość do najtrudniejszego nawet dialogu, wspólne modlitwy w Asyżu, w synagogach i meczetach – to nie były działania na pokaz. To była konsekwentna, nowa „polityka” Watykanu.
Duch czasu – można by powiedzieć – nie zawsze jest tym, od czego trzeba się uniezależniać. Niekiedy – na szczęście – sprzyja osiągnięciu wymiernego dobra. Ale zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że forma przerośnie treść, że w miejsce starej etykiety pojawi się nowa, równie szkodliwa i prowadząca do: płytkiego fideizmu, radykalnego tradycjonalizmu, jak i ślepego racjonalizmu czy naiwnego ontologizmu. Dlatego Papież w swojej encyklice „Fides et ratio” przypominał, że „człowiek znajduje się na drodze poszukiwania, którego ludzkimi siłami nie można zakończyć: poszukuje prawdy oraz poszukuje osoby, której mógłby zawierzyć”. Niezbędne jest rozeznanie w świetle wiary. Niezbędny jest odkrywanie „nowych szlaków”, przekraczanie „wszelkich barier izolacji”, a poza tym odwaga, aby chcieć i umieć „ponosić ryzyko w poszukiwaniu wszystkiego, co piękne, dobre i prawdziwe”.
„Wszystkich proszę, aby starali się dostrzec wnętrze człowieka, którego Chrystus zbawił przez tajemnicę swojej miłości, oraz głębię jego nieustannego poszukiwania prawdy i sensu” – pisał Jan Paweł II. I przekonywał, że urzeczywistanie samego siebie rozpoczyna się od miłowania Boga i bliźniego, od ciągłego poszerzania swoich horyzontów i budowania własnego domu w „cieniu Mądrości”, która nie zamyka się na świat, nie narzuca własnych przekonań i nie ogranicza do własnych potrzeb.
Kościoły lokalne zyskały nowego upraszającego łaski w Niebie, ale błędem – tak rodaków Błogosławionego, jak i innych wiernych – byłoby przyznanie monopolu na Jana Pawła II albo zawężanie jego przesłania do jakiejś wąskiej grupy wybranych czy wdrożonych w papieskie fides i papieskie ratio. Dzieło byłego krakowskiego metropolity, filozofa, poety i mistyka, dzieło człowieka głęboko zjednoczonego z Bogiem, dzieło Papieża-Polaka dawno przekroczyło miarę konfesyjnego i partykularnego przyporządkowania, wyszło poza ramy własnej epoki.
Każdy czas ma swoje idee i swoje ideały, jak i swoje ideologie. Minione przekonania i dokonania przodków ukształtowały naszą teraźniejszość, ale czas nie stoi w miejscu. Pojawiają się nowe prądy i trendy, nowe idee i zapotrzebowania, jak i nowe zagrożenia. Nie jest przeto rzeczą obojętną, jaki użytek zrobimy: z wolności, o jaką walczyły całe pokolenia, z mądrości, jaka pozwoliła urzeczywistnić wiele ludzkich pragnień, z ideałów, o jakich zaświadczył swoim życiem Jan Paweł II.

Marek Wittbrot

Paryż, 13 maja 2011 roku

 

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga