Spis treści


EDYTORIAL

11 września, głównie dla Amerykanów, ale również dla wielu Europejczyków, mieszkańców Afryki, Australii, Azji czy Oceanii, stało się symboliczną datą, przypominającą tragiczne wydarzenia sprzed dziesięciu lat. Okrągłą rocznicę zamachów w Nowym Jorku i Waszyngtonie oraz katastrofy nieopodal Stonycreek Township i Shanksville w Pensylwanii obchodzono hucznie, niemal w każdym zakątku kuli ziemskiej. Nowojorskie wieże – można by mniemać – runęły ponownie; nie setki, nie tysiące razy, a znacznie więcej. W każdym zakątku naszego globu, niemal jak kiedyś – w wielu przypadkach na własne oczy – można było obejrzeć kolejne odsłony krwawego spektaklu. Ilość „niusów” i wspomnieniowych obrazów dawno przekroczyła pojemność – nie tylko ludzkiej głowy, ale i wielu „nośników” pamięci.
Dramat z 11 września 2001 roku nie rozpoczął się tego samego dnia, o godzinie 8:46:26, kiedy to pierwszy samolot z szybkością 790 kilometrów na godzinę uderzył w ścianę północnej wieży World Trade Center, między piętrami 93 i 99. Nie zaczął się też w Bostonie czy Los Angeles, na lotniskach, z których wystartowało dziewiętnastu porywaczy wraz ze swymi ofiarami. Nieszczęście, jakie w pierwszej kolejności spało na niewinne ofiary i ich rodziny, było efektem precyzyjnie zaplanowanych działań. Terrorystyczni przywódcy od dawna straszyli „świętą wojną”. I słowa zamienili w czyn. Ci, którzy ogłosili „świętą wojnę”, jak i ci, którzy realizowali wyznaczony „scenariusz”, pragnęli, żeby było jak najwięcej ofiar i jak najwięcej zniszczeń. Chcieli też wywołać jak największy chaos i przerażenie. 
Zdaniem licznych komentatorów wydarzeń, na które z osłupieniem patrzyła nie tylko Ameryka, 11 września 2001 roku rozpoczęła się nowa epoka. Jak wiek XX rozpoczął się od zamachu, tak i w XXI stulecie weszliśmy z krwią na rękach. Szczytne hasła Świętego Przymierza, czyli szerzenie zasad chrześcijańskich w polityce zagranicznej i wewnętrznej, w praktyce oznaczały hegemonię najsilniejszych. Legitymizm, dzielenie się zagarniętymi terenami, nienaruszalne strefy wpływów – w niczym nie przypominało ni pokojowego współistnienia, ni prawdziwego międzynarodowego ładu. Zamach w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku, wymierzony w austriackiego następcę tronu, okazał się przysłowiową iskrą, która wznieciła globalny pożar. 
Rozmiary tragedii pierwszej wojny światowej nie otrzeźwiły ani umysłów, ani serc tysięcy ludzi. O ile „wojna na wyczerpanie” przyniosła osiem i pół miliona poległych (a także prawie osiem milionów jeńców i zaginionych, jak i ponad dwadzieścia jeden milionów rannych), zwycięstwo i pokój wywalczony przez państwa Ententy – nie okazały się trwałe. Miliony obywateli państw Osi szybko uwierzyły, że ekspansja, przemoc, zagłada, odmówienie prawa do samostanowienia, zbrojne wystąpienie przeciwko wrogom „nowego porządku” – zapoczątkują nową, wspaniałą erę. Miały w niej – we własnym mniemaniu – wyższe rasowo, bardziej cywilizowane nacje raz na zawsze rozprawić się z tymi, których uznano za podludzi. Obłąkańcze ideologie, masowe eksterminacje i zakrojone na wielką skalę zbrojne działania pozbawiły życia ponad siedemdziesiąt dwa miliony osób. Straty po raz kolejny okazały się gigantyczne. Wykroczyły poza wszelkie, wyobrażalne granice, jak i obowiązujące dotychczas normy. Militarny konflikt, okupiony największą w historii hekatombą, stał się preludium do zimnej wojny. Europa, wiele krajów Azji, Afryki i Ameryki miało jeszcze przez wiele dziesięcioleci walczyć o samostanowienie, dochodzić do równowagi i leczyć rany. Trudno w dalszym ciągu mówić o prawdziwym, pokojowym współistnieniu ludów i narodów.
Denis Avey, były żołnierz i angielski jeniec, który – nieświadomy do końca, na co się decyduje – w 1944 roku dobrowolnie postanowił zmierzyć się z tajemnicą nieprawości i znalazł się na terenie obozu w Auschwitz, pytany po latach, dlaczego doszło do tak strasznych rzeczy, stwierdził, że źródłem zła jest obojętność. Od niej wszystko się zaczyna. Był przekonany, że gdyby zawczasu zareagowano na – zdawać by się mogło – niegroźne ekscesy, nie doszłoby później do masowych zbrodni, do prawdziwej apokalipsy.
Czy rzeczywiście dałoby się uniknąć najgorszego? Czy katastrofa drugiej wojny światowej musiała na kolejne dziesięciolecia podzielić Europę i świat? Gdyby znaleźli się tacy, którzy nie zgodziliby się na militaryzację Nadrenii, Pakt Monachijski, austriacki Anschluß albo układ pomiędzy Hitlerem i Stalinem, jak dzisiaj wyglądałby Stary Kontynent? Czy powojenna historia potoczyłaby się inaczej, gdyby nie przystanie zachodnich, zwycięskich mocarstw na nowy, „pojałtański ład”, a w gruncie rzeczy nowy podział świata? Z pewnością każda, nawet ta podejmowana w niewielkim gronie decyzja ma swoje reperkusje. Problem jednak w tym, że – im więcej czynników i zmiennych – tym trudniej o jednoznaczne oceny. Zazwyczaj nie najwyższe „moralne standardy”, a nawet zdroworozsądkowe kalkulacje są brane pod uwagę, lecz własne, wąskie interesy. A jeśli myśli się o korzyściach, to raczej tych na krótką metę, a nie tych dalekosiężnych, niewidocznych gołym okiem.
Zanim „żywe bomby” uderzyły w wieże World Trade Center, zanim rozpoczął się horror wtorkowego, wrześniowego poranka 2001 roku, w Stanach Zjednoczonych panowało powszechne przekonanie, że to najbezpieczniejszy kraj na świecie. Szok zdał się wprost proporcjonalny do powtarzanych w nieskończoność ujęć, kiedy to samoloty American Airlines i United Airlines wbiły się w Twin Towers (WTC1 i WTC2), odpowiednio 417 i 415 metrów wysokości. Ameryka, jak z koszmarnego snu, bardzo długo otrząsała się ze swojej traumy. Oprócz winnych szukano też głębszych przyczyn kataklizmu. Wskazywano na zaniedbania. Przypominano różne niewygodne fakty, jak chociażby dawną współpracę niektórych zachodnich państw z przywódcą Al-Kaidy. W jednym z niezliczonych, popularnych, internetowych forów, przekazujących „prawdę o zamachu”, młody człowiek, potomek polskiej rodziny osiadłej w USA, bez wahania wskazał winnych. „Temu, co się stało, są winne wielkie międzynarodowe korporacje” – zawyrokował. Podzielił świat na „naszych” i „obcych”. Zachęcał, głównie młodych, żeby nie godzili się na żadne otwarte granice, przepływ kapitału, wymianę idei i swobodę komunikacji. W imię obrony chrześcijańskiej cywilizacji, wzywał do nowego, świętego przymierza, które ochroni przed złem, wszelką innością i obcymi. 
Dwa lata po zamachach Jan Paweł II wystosował specjalne orędzie do uczestników XVII spotkania „Ludzie i religie”, zorganizowanego w Akwizgranie przez rzymską wspólnotę świętego Idziego. „W Asyżu [w 1986 roku – przypis redakcji] marzenie narodów nabrało konkretnego i widzialnego kształtu i wzbudziło w sercach wielu ludzi nadzieję na pokój. Cieszyliśmy się z tego wszyscy. Niestety, pragnienie to nie zostało przyjęte z wystarczającą gotowością i troską. W ubiegłych latach uczyniono zbyt mało, by bronić pokoju i by urzeczywistnić marzenie o świecie bez wojen. Wręcz przeciwnie, droga, którą wybrano, prowadzi do rozwoju interesów partykularnych, wymagających wielkich inwestycji, zwłaszcza na cele wojskowe. Wszyscy byliśmy świadkami eskalacji egocentryzmu w stosunku do granic własnego kraju, grupy etnicznej i narodu. Niekiedy nawet własna religia bywała podporządkowana logice przemocy” – pisał wówczas Papież. Wspominając tragiczne wydarzenia ubolewał, iż „razem z wieżami w Nowego Jorku runęło wiele nadziei na pokój”. I pytał: „Kiedy ustaną te konflikty? Kiedy narody zaznają wreszcie pokoju na świecie?”. Nie zawahał się stwierdzić, że „nie ułatwia się budowy pokoju, pozwalając świadomie i w sposób nieodpowiedzialny, by utrzymywała się niesprawiedliwość i liczne nierówności na naszej planecie. Ubogie kraje stają się często miejscami, w których panuje rozpacz i rodzi się przemoc. Nie możemy zgodzić się na to, aby wojna zdominowała życie świata i narodów. Nie chcemy zgadzać się na to, aby bieda stale towarzyszyła życiu całych społeczeństw”. Uważał, że – oprócz konkretnych działań różnych rządów czy organizacji międzynarodowych – „pracy dla pokoju” służy modlitwa, służą wzajemne spotkania, również pomiędzy wyznawcami różnych religii. Dlatego, gdzie, kiedy i w jakikolwiek sposób mógł to czynić, zbliżał do siebie: starych i młodych, społeczeństwa i grupy ludzkie, tak wierzących jak i niewierzących.
„Podzielony świat – przekonywał Jan Paweł II wspominając międzyreligijne spotkanie w Asyżu 27 października 1986 roku – w którym coraz silniejsze są tendencje separatystyczne i partykularyzmy, pilnie potrzebuje jedności. Przedstawiciele różnych religii i kultur muszą wskazywać drogę spotkania i dialogu. Jedność nie oznacza jednorodności. Pokoju nie można budować jednak bez wzajemnej znajomości, potrzebne są dialog i spotkanie”. 
Koszty ekonomiczne prowadzonej od dziesięciu lat „wojny z terroryzmem” to – według podawanych oficjalnie danych – dziesięć miliardów dolarów miesięcznie. Łatwo sprawdzić, jaką sumę przeznacza się – chociażby na walkę z głodem, walkę z bezrobociem, walkę z nierównością społeczną czy gospodarczym zapóźnieniem takich krajów jak Etiopia czy Somalia. W dziesiątą rocznicę z pewnością warto zadać sobie trochę trudu i zapytać: jak dziś wygląda prawdziwy „dialog i spotkanie”? Co zrobiono i co się czyni, co czyni każdy z nas, aby przeciwdziałać tendencjom separatystycznym i partykularyzmom, przed którymi ostrzegał Jan Paweł II, również w wymiarze religijnym?
Jedność jest możliwa mimo różnorodności. Wiara – mimo że przeróżnie rozumiana – nie musi dzielić. Religia – choć na różny sposób praktykowana – nie musi eskalować napięć i budzić wrogich uczuć. Ktokolwiek w imię Boga nawołuje do pogardy, nienawiści i przemocy – tak naprawdę występuje przeciwko Bogu, przeciwko swojej wierze i religii, przeciwko Ewangelii i przesłaniu, jakie zostało objawione światu prawie dwa tysiące lat temu.

Marek Wittbrot

Brema, 13 września 2011 roku

 

P.S. Kwestie techniczne, problemy z komputerem (sprzęt, jakim dysponujemy, jest mocno wysłużony), sprawiły, że z opóźnieniem oddajemy kolejny numer „Recogito”. Prosząc o wyrozumiałość jednocześnie pragniemy podziękować za wszelką życzliwość, bezinteresowną pomoc, jak i za współtworzenie pisma, które od samego początku działa nie dysponując żadnymi finansowymi środkami.

 

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Michael Wittbrot

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga