Spis treści


EDYTORIAL

Jezus wybrał sobie uczniów. I „zaczął rozsyłać ich po dwóch”. Nakazał im, żeby „nic ze sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie”. Poniekąd mieli iść z pustymi rękami. Ich siłą miało być zaufanie, wiara w moc świadectwa i Bożego Słowa, oraz całkowite wyzbycie się tego, co uchodziło i uchodzi za niezbędny ekwipunek dla każdego wędrowca, a tym bardziej posłańca reprezentującego jakiegokolwiek władcę czy instytucję.
Zdawać by się mogło, że zrozumienie Jezusowego wymogu wciąż przysparza poważne trudności. Rzadko kto bowiem ma odwagę zrezygnować z „chleba”, „torby”, a tym bardziej pieniędzy. Raczej chętniej uzasadnia się potrzebę korzystania z dobrego samochodu, bogatego ekwipunku, różnego typu nowoczesnych trzosów: w postaci złotych kart, sekretnych kont i specjalnych kodów dostępu. Do tego dochodzi symbolika panowania: rozliczne dystynkcje i tytuły, trony i strojne szaty, pierwsze miejsca przy stole i wyruszanie w drogę, nie „po dwóch”, nie w ciszy i skupieniu, lecz z fanfarami, przy wtórze bębnów czy rozkrzyczanych fanów.
W filmie Franco Zeffirellego o Biedaczynie z Asyżu jest scena, jak św. Franciszek stając przed zasiadającym wysoko na tronie, uposażonym w ciężkie, wykwintne szaty – rzec by należało – namiestnikiem Jezusa na ziemi i całym strojnym, wykwintnym otoczeniem, zrzuca z siebie swoje skromne odzienie i wychodzi ze świątyni zupełnie nago. Oczywiście gorszy tym wielu. Dla niektórych jest to obraza majestatu. Ale są i tacy, którym ów rozpaczliwy gest daje wiele do myślenia.
Zapewne i dzisiaj nie zabrakłoby takich, którzy we Franciszkowym geście dostrzegliby zwykły ekshibicjonizm, powód do zgorszenia, jak i takich, dla których byłaby to jedynie zachęta do uprawiania naturyzmu lub bardziej uwspółcześnionej formy życia, praktykowanej przez „dzieci kwiaty”. Św. Franciszek jednak poważnie potraktował słowa Jezusa. Nie szukał sensacji, nie chciał nikogo szokować ani narzucać swojej wizji Kościoła. Prostym gestem pokazał, jaka przepaść dzieli: Jezusowe ideały od tego, co z nimi później uczyniono. 
Żyjemy w epoce, w której – jeśli ktokolwiek chce zaistnieć w życiu publicznym – musi pamiętać o swoim image’u, musi stosować i udoskonalać tzw. techniki wizerunkowe, musi mieć niemałe środki, żeby utrzymać się – moglibyśmy powiedzieć – na wizji, nierzadko musi szokować, manifestować swoją odmienność czy swoją wyjątkowość, albo swoje zasługi czy swoje krzywdy. Zalecenie Jezusa, w czasach dominacji kultury masowej i jej wytworów, zdawać by się mogło zupełnie anachroniczne. 
Od Betlejem po jerozolimską Kalwarię Jezus pokazywał, że to, co jest dla innych oznaką słabości, naiwności czy anachroniczności, pozostaje największą siłą. Albowiem jej źródłem jest miłość, szacunek dla Boga i bliźnich, poszanowanie dla czyjejś godności i wolności, a nie na przykład prawo rynku, popularność, a nawet własne umiejętności i poziom inteligencji.
Jezus nie przyszedł i nie posłał swoich uczniów w świat po to, żeby robili talk-show, lecz żeby pomóc – przemienić się od wewnątrz, uczynić siebie choć o odrobinę lepszym, mądrzejszym, otwartym na Boga i innych. To zadanie zdaje się wciąż nas przerastać – a jednak warto sobie uświadamiać, jak daleko do tego, co jest zaledwie punktem wyjścia...

Marek Wittbrot

Paryż, 15 lipca 2012 roku

 

Na zdjęciu:
Marek Wittbrot
Fot. Bożena Pierzycka

 

 

Archiwum

E-mail
 recogito@pologne.net

www.recogito.l.pl

Recogito@
 www.recogito.l.pl

 

© Recogito, Rafaliga